Barman

barman

 

 

Ja i mój bar. Codzienne otwieranie już dawno zaczęło trzeszczeć. Rozchodzi się po ulicach drobnymi strzyknięciami, kuleje na lewą, szuka powietrza na schodach, klnie na widok krawężników. Bar, jakich wiele. Mógłby być w dowolnej mieścinie, bez najmniejszego znaczenia dla losów świata. We Wrocławiu choćby. Więc tu jest. I bar, i barman.

     W towarzystwie znudzonej Arethy Franklin wycieram z kieliszków ślady marzeń, Louis Armstrong ciągnie klientów w cudowny świat po głębszym. Bar. Barman. I klientela. I niezliczoność dni i nocy. Cykliczność, codzienność i niechciane oczekiwanie na zmianę.

     Pierwszy zazwyczaj przychodzi emerytowany nauczyciel, który od lat kocha się we mnie i namawia na zbliżenie, a ja z taką samą stanowczością i szacunkiem odmawiam. Patrząc mi namiętnie w oczy, wypija przy barze kieliszek koniaku i z kawą odchodzi do stolika, gdzie w zeszycie w linię pisze powieść swego życia.

     Przed ósmą przychodzi malowany chłopiec: grzywka na żel, pazurki zrobione w salonie obok, bródka starannie zaniedbana, szaliczek w paski miast krawata, pantofelki błysk. Bierze kawę latte (jak facet może pić latte?!), słodką bułkę, otwiera laptop i pracuje kilka godzin nad postami na fejsie dla swoich klientów. Prowadzi też blogi dla kilku projektantów mody. Podobno dobrze to robi. Czasem zerkam, ale niewiele rozumiem, nie moja bajka.

     Ostatnim z corannych bywalców jest przechodzona prostytutka. Każe mówić na siebie Lola. Przychodzi tu wytrzeźwieć. Buja się przez długą chwilę na krześle, wdychając kawę. Potem opróżnia filiżankę jednym haustem, posyła mi soczystego całusa i idzie spać. Wielka kobieta, gigantyczny tyłek! Ilekroć patrzę w jej dekolt, mam wrażenie, że gdyby uwolnić piersi z ciasnego stanika, nie starczyłoby powierzchni podłogi baru, by rozlały się równo. Ponoć hiszpan w jej wykonaniu nie ma sobie równych w całym mieście.

     Potem mógłbym zamknąć bar na kilka godzin. Rzadko kto przychodzi przed dwunastą. Dzięki temu mam czas przygotować dania na popołudnie i wieczór. Czasem zjawia się Gosia – pod pretekstem pomocy. Wchodzi bez słowa do kuchni, rzuca mi zawsze takie samo spojrzenie. Staje przy zlewie, zaczyna zmywać i czeka. Biorę ją od tyłu, tak jak tego chce. Jedną ręką trzymam włosy, drugą miętoszę piersi. Krzyczy: „Rżnij mnie, mocno, tak, kurwa, ma boleć, szybko, ostro, kurwa, tak!” i wije się jak opętana. Gdy kończę, zostawia zmywanie, całuje mnie czule i wychodzi. Nigdy nie rozmawiamy, bo i po co. Wszystko jasne.

     Ja i mój bar. Przez los, Boga, opatrzność, wybierzcie sobie sami, zostałem obdarowany w koślawej proporcji talentami i dysfunkcjami, lecz powtarzalność z całą pewnością nie znalazła się w menu. Klienci śmieją się, że smak potrawy zależy od mojego nastroju, bo  przygotowywane dania są za każdym razem nieco inne. To prawda, że smutek jest mi najlepszym przyjacielem, ale czy to nastrój stanowi zasadniczą przyprawę? Nie wiem. Nie chce mi się myśleć. Żyć mi się nawet nie chce. Dawniej chociaż wierzyłem w przyszłość, szczęście… A teraz… jest bar, jest codzienność, cykliczność i niechciane oczekiwanie na zmianę.

     I w końcu tych dwoje. Może pod groźbą kary bym sobie przypomniał, kiedy pierwszy raz się zobaczyli, ale zwróciłem na nich uwagę dopiero po kilku dniach. On – niewysoki, chudy, zawsze w niemodnym szaliku niemodnie zarzuconym na szyję. Ona – mała, szczupła, w znoszonej bladoszarej kurteczce i w trepach. W nosie dwa kolczyki, grzywka opadająca na oczy.

     Najpierw spotykali się przypadkowo. Przychodzili o podobnej porze. Siadali w przeciwległych rogach sali i jedli. Zauważyłem, że spoglądał na nią ukradkiem, niby czytając. Ona, między kęsami, gapiła się w okno. Myślę, że zauważała jego spojrzenia, ale nie reagowała. Gdyby ją to denerwowało, nie przychodziłaby tak często. Beznamiętnie jadła, a potem, nie oglądając się, opuszczała lokal. On ani razu się nie ruszył, nie poszedł za nią. Zamawiał piwo i czytał książkę albo patrzył przez okno. Potem zwróciłem uwagę, że zaczął przychodzić codziennie i wcześniej. Przez kilka dni. Bez skutku. Wkrótce przestał.

     Ona zjawiała się co jakiś czas, by zjeść swoje ulubione pierogi. On czasem wpadał coś przekąsić i na piwo. Któregoś dnia dziewczyna też zaczęła dyskretnie zerkać. Jedli w milczeniu i spoglądali na siebie nieudacznym ukradkiem, wciąż z daleka. Przychodzili codziennie. Ich spojrzenia stawały się dłuższe, śmielsze, ale zawsze na zmianę. Chyba nigdy nie spojrzeli sobie w oczy jednocześnie. A jeśli już, to pewnie na krótko i zaraz uciekając wzrokiem w talerze, bo nie zauważyłem.

     Patrzyłem w jej oczy i chciałem w nich zobaczyć: „Rusz się, nie chcę spać sama”, ale nie było tego zdania. Nie było w nich decyzji. Zdawały się mówić: „Tak, może”, lecz z paraliżującą niewiarą. W jego oczach widziałem strach przed… porażką? odrzuceniem? Tak mi się zdawało. Ale jedno było pewne: oboje marzyli. Jego oczy ją pochłaniały, wręczały kwiaty, zabierały do kina, całowały namiętnie na przystanku. Jej oczy głaskały mu policzki, tuliły dłonie, całowały powieki. Jego zabierały ją pod miasto, chlapały wodą w jeziorze, całowały szyję. Jej wieszały spodnie na krześle, prasowały koszulę i zatracały się w łóżku. Jego lały wino, rozpuszczały włosy, rozpinały guziki bluzki i krążyły po małych piersiach. Zdejmowały majteczki i bawiły się płatkami, zachwycały kształtem pośladków. Jej budziły uśmiech o poranku, brały go za rękę w parku, parzyły kawę, smażyły jajecznicę.

     Obserwowałem ich przez miesiąc, może dłużej. Nie odezwali się do siebie ani razu. Żadne z nich nie zapytało mnie o drugie. Najpierw on przestał tu jadać, potem i ona nie chciała moich pierogów. Zostały duchy ich spojrzeń, stęchlizna niewiary, kurz strachu na parapecie. Co by było, gdyby…? Kto wie?

     ̶  Hej, barman! Znów przyszła ta kobieta i patrzy na ciebie. Widzisz? Spójrz, jak na ciebie patrzy. Hej! Słyszysz mnie?

     Ja i mój bar.

     Codzienność, cykliczność i to niechętne oczekiwanie na zmianę.

Warszawa.  grudzień 2015