Miniatury literackie. Blo(k) z myśli dojrzałego mężczyzny.

Myśli zgarbione

 

Cisza? Nie. To rodzaj burzy. Rzadki bardzo, wręcz niebywały.

     Pochowali się. Nie ma ich. Nawet Baba nie wychodzi na papierosa. Nawet Mójboże nie przesiaduje na Houellebecqu, jak to miał od niedawna w zwyczaju. Chociaż nie, oczywiście że nie wszyscy. Siostra Ewelina przechadza się spokojnie po pokoju. Różaniec trzyma w jednej dłoni, biblię w drugiej. Rozgląda się co jakiś czas, nasłuchuje, jakby kogoś wyczekiwała. Mam wrażenie, że przepełnia ją duma. Śmiałość, z jaką chodzi napawa mnie lękiem o przyszłość.

     Pan Demia króluje. Zawładnął całą przestrzeń. Powoli i dostojnie kroczy po półkach z książkami i straszy głośnym kaszlem i kichaniem. Znużony siada czasem na bujanym fotelu Baby i turla stopą niedokończone pisanki. Jak tylko ktoś wychyli się zza książki, syczy, prycha lub odkasłuje znacząco. Pozamykał woluminy, nie zaznaczając miejsca przerwanej lektury, wydał nakazy i zakazy, zniósł większość praw i pyszni się władzą. Żeby chociaż zadbał o nich, o nas, tak po ludzku, okazał współczucie… Ale nie, nie zadbał, nie ma w nim odruchów, których i prosty, i inteligentny ludek by oczekiwał. Jest wymarzonym zrządzeniem losu, narzędziem w rękach tych, którzy już ślinią się na zagarnięcie resztek wolności i swobód, silnego państwa z obywatelami na kolanach.

     Świeżo zmielona arabica pociesza podniebienie i duszę. Fotel czule dopasowuje się do zaokrąglonych pleców, podnóżek ulega nogom, które nie mają już nadziei na spacer. Pod opuszczonymi powiekami wyobrażam sobie magnolię w osiedlowym parku. Rozkwitła zapewne wspaniale i oczekuje słów zachwytu. Próżno wypatruje oczu, w których tak lubi się przeglądać. Opuszków na wargach. Nawet jeśli ktoś urywa kwiat, znosi to z godnością i nie przestaje cieszyć. Wyobrażam sobie, że kołysze się w chłodnym powiewie i mieni w promieniach. Że wyczekuje setek rozszerzających się źrenic i uśmiechów przechodniów, a może jedynie strząsać z gałęzi foliowe rękawiczki i szukać swego odbicia w blachach na piersi tych, co wykonują rozkazy w przeświadczeniu, że czynią dobrze.

     Mójboże wyszedł, oparł się o grzbiet Zasad filozofii Descartesa. Wyjął fajkę, nabił, zapalił. Pan Demia macha, nawołuje, wrzeszczy, grozi. Nic. Mójboże jest Mójboże i już. Zaraza, która jest lekarstwem dla nielicznych, nie ma tu władzy. Mójboże pokazuje cybuchem tytuł na okładce i uśmiecha się z przekąsem. Cogito ergo sum. Odkrycie i przekleństwo zarazem. Zdanie, które otworzyło ludzkość na świadome poznawanie, przyczyniło się do rozwoju nauki i pozbawiło nienazwanego, poznania ogółu bytu. Myśl, która do dziś czyni nas panami świata, a może i wszechświata, a zamyka drogę do wnętrza nas samych. Jesteśmy “podmiotami dla świata i przedmiotem w świecie”*. Dualizm, świata dualizm, ducha dualizm. Dwoistość wymyka się racjonalizmowi, nie da się wytłumaczyć. Ale da się wyczuć. Czuję, jak drąży mnie od środka. Wzbudza we mnie niepokój i gniew, gdy pragnę ją zrozumieć oraz spokój, gdy mówię sobie, że nie muszę, mogę się zgodzić na nią, pozbawić ram racjonalizmu. Być.

     Każdy dzień coraz dłużej mnie drażni. Słyszę ptaki, czuję zapach drzew, kwiatów i rzeki. Wystarczyłoby przejść przez wał wiślany i już byłbym nad rzeką. Tak było do niedawna. Teraz przeszkadzają niebiesko zielone patrole. Zakazy i nakazy. Durne przepisy tych, co nie mogą się doczekać zastąpienia praw przywilejami. Wychowałem się w takim państwie, nie boję się znów dostać pałą na ulicy lub w komisariacie. Boję się poddania, rezygnacji. Idę więc nocą, bez latarki, dyskretnie, jak nielegalny emigrant przekraczający granicę. Siadam nad ciemną wodą i coraz bardziej czuję, że udaję się w wewnętrzną emigrację. 

 

——————————————-

*Edmunt Husserl “Kryzys europejskiego człowieczeństwa a filozofia”