Wtrok Syndrom I – rycerz szlachetny, czyli opowieść kompletnie bez sensu

wtrok

 

Jak Wam opowiedzieć tę historię? Czy da się tego dokonać krótko, zwięźle? Wszak czasy takie, że dłuższych opowieści nikt nie czyta. Gdy nawet telefon nie służy już do rozmów, ginie tradycja ciągnących się powolnie opowieści, nie ma czasu na dygresje, wątki poboczne, refleksje. Teraz trzeba uważać na refluks! Czy działa jeszcze na ludzi hipnotyczny początek „dawno, dawno temu”?

Dawno, dawno temu, bardzo, strasznie, okropnie, potwornie dawno temu był sobie szlachetny rycerz, z wielce szlachetnego rodu, o niemniej szlachetnym imieniu:  Wtrok Syndrom I. Wszystkie wiedźmy, wróżki i czarownice przepowiadały mu wielkie czyny i mocarny charakter, gdyż matka poczęła go niechcący, a powiła w czepku. I tak też się działo. Od najmłodszych lat zadziwiał talentem do fechtunku i umiłowaniem cnót wszelakich. Jako młodzieniec w niezliczonych brał udział bitwach i wojennych wyprawach, z których zawsze uchodził cało i z rosnącą chwałą. Jako mężczyzna dojrzewający wsławił się obroną kilku zamków, grodów, przepraw, łąk, pastwisk, stada baranów i honoru jednej zezowatej. A mistrzem w sztuce władania bronią był tak wielkim, że od jego imienia pochodzi odmiana cięcia w piątą, którego do dziś uczy się w elitarnych szkołach szermierki: cięcie z wysuniętą końcówką języka. Opracował też zaskakujące pchnięcie z podniesionym dużym palcem lewej nogi, ale nie znalazł zdolnych uczniów i pochowano go z opuszczonym palcem.

Gdy stał się mężczyzną dojrzałym, wszyscy wrogowie byli pobici i nastały lata pokoju. Choć niewiele miał rycerz szlachetny do roboty, chwała jego rosła nadal i była tak wielka, że od czasu zamieszkania w opactwie Bidacroux nie pojawił się ani razu poborca podatków, a okoliczni zbóje umarli w zadumie. Odpoczywał więc rycerz w jej cieniu skubiąc źdźbła traw i jedząc łuski słonecznika wyrzucane przez okolicznych chłopów.

Pokój trwał już długo, lat dziesięć bez mała. Lat ciągnących się strasznie. Zachował się nawet w księgach lokalnych kronikarzy zapis, jakoby Wtrok Syndrom I wypowiedział takie oto zdanie: „lata pokoju ciągną się wolniej niż sztynk latryny zamkowej”. Za dnia doskonalił swój kunszt rycerski i pisał poematy. Za dodatkową porcję fasoli rocznie zgodził się już nigdy nie śpiewać. Wieczorami zaś siadał przy ogniu i myślał o przyszłości. Potrzebował sensu życia, ale miał za mało złota. I trwałoby to pewnie w nieskończoność, lecz nagle, po tym, jak po raz trzynasty spalił sobie brwi, zapragnął wyruszyć w świat, znaleźć sens i poszukać sobie dziewicy. Nie byle jakiej dziewicy. Dziewicy nad dziewicami! Dziewicy pokalanej.

Z niewiadomych (od czasów sprzed kredy jeszcze) powodów wszystko się kończy. Musiał więc i dla szlachetnego rycerza nadejść dzień krytyczny. Nadszedł, jak świadczy pismo znalezione latem tego roku na Wyspie Wielkanocnej pod trzecim od lewej posągiem (tym z rozwierconą dziurą w nosie), 13 października przed zachodem słońca. Znudzony rycerz postanowił ruszyć w świat. Zabrał zbroję, dwa miecze długie, trzy krótkie, chusty, czepki i fartuchy różnogłowych z podzamcza i ruszył, niczym mistrz samotny. Za rycerzem poszła zaś chwała. W kronikach zachował się jedynie opis kroczącej chwały, którego nie da się przytoczyć bez znieczulenia ogólnego.

Wędrował po świecie, zgodnie ze sztuką wojenną, zygzakiem, by zgubić swą chwałę. Doskonalił się w fechtunku co dzień, sumiennie, w skupieniu i życia na nowo się uczył w rozpaczy. (A może rozpaczliwie? Niejeden Foucault miałby kłopot, by celnie to nazwać.) Lat kilka tak wędrował, ale ani sensu ani dziewicy znaleźć nie zdołał. Jedna tylko przygoda go spotkała, tak niezwykła, że godna przytoczenia w tym miejscu. Na polu pod Filippi spotkał starego Japończyka, który motyką wykopywał czaszki.  Rozpoznał w nim wielkiego wojownika i mistrza. W pokorze przekopał tysiąc prętów kwadratowych ziemi, żeby nauczyć się tak władać orężem ciężkim na końcu! Polubił też monologi z czaszką w ręce. Poza tym nic się nie działo, kompletnie nic. Aż wreszcie, wiedziony rzeczoną rozpaczą, w amoku winnym być może, cnoty swe w szeregu postawił i przegląd gruntowny im zafundował. Przyjrzał się każdej z osobna uważnie i z każdą rozmówił solidnie. Noc całą rozprawiał, a rankiem kilka z nich pozostawił biedakom, inne potraktował narzędziem tępym, zaś resztę porzucił w torbie z koźlej skóry u zbiegu dróg. Potem tułał się lat wiele po nowym i starym świecie przy swym wiernym koniu w poszukiwaniu sensu i wymarzonej dziewicy. A trwało to tak długo, że koń padł ze starości lub wyczerpania – osiemnastu historyków zginęło w tym sporze, który do dziś jest żywy.

A chwała? — zapytasz pewnie uważny przyjacielu. Cóż, ciągnęła się za nim wolno, wolno, wolno, wręcz powoli, bardzo powoli, a nawet strasznie powoli, po-twor-nie wol-no… Można rzecz, że tak ospale, iż rycerz zdążył już dawno znaleźć popas i wypoczynek w kolejnej karczmie, gdy ta dopiero docierała do poprzednich gospodarzy. I umarłby pewnie nasz rycerz od ataku czkawki, gdyby nie pewne zdarzenie. Otóż…

Niewiele zachowało się miarodajnych źródeł o tym zdarzeniu, ale historycy są zdania, że Wtrok Syndrom I złożony tajemną chorobą dał się swej chwale dogonić. A chwała, jak to chwała, gdy raz dogoni, to nie puści. Szarpał się biedak, konia niejednego zajeździł, ale chwały już zgubić nie zdołał. Przykleiła się do rycerza i nie dawała mu spokoju. Przypominała mu o dawnych czynach wielkich, cnotach ściętych i porzuconych, szeptała o bitwach chwalebnych, krwi bohatersko przelanej, honorze córki kowala i… gadała, gadała, gadała. Miotał się z nią od bieguna do bieguna. Mieczem, sztyletem, motyką nawet dźgał ją zaciekle, ale chwała, jak to chwała, była nieśmiertelna i miała malutki, urokliwy zez.

I pewnie umarłby nasz rycerz w zapomnieniu tragiczną śmiercią samobójczą przez osuszenie Morza Martwego, gdyby nie tubalny głos we śnie, który powiedział: Gdy nie możesz wroga pokonać, zaprzyjaźnij się z nim. Resztką sił uniósł rękę i zostali przyjaciółmi. Jeździli od miasta do miasta, od wsi do wsi, stawali na placach, rynkach i ogłaszali, że szukają sensu oraz dziewicy pokalanej. Za każdym razem, w imię najświętszych wartości lub z innego sobie znanego powodu, lokalni kapłani wysyłali na nich setki zbrojnych, którzy ginęli bez sensu. Cięcie Wtroka z wysuniętą końcówką języka i pchnięcie z uniesionym dużym palcem lewej nogi okazywały się zabójczo skuteczne.

Naturalnie, można by ciągnąć opowieść jeszcze długo, opisując spotkania rycerza i chwały z mieszkańcami miast i wsi, rodów i narodów, jak choćby to z 25 grudnia, albo 1 listopada, czy 11 maja, ale… kto by to wytrzymał? Tyle krwi. Tyle łez! Chociaż… Może to z 13 stycznia, kiedy rycerz z chwałą spotkali bardzo nadzianego notabla i próbowali mu pomóc? Opowiedzieć? Przecież już Wam opowiedziałem! Próbowali i tyle! Facet był mocno nadziany i nie dali rady go ściągnąć.

Zbliżam się do 6655 znaku ze spacjami, więc czas kończyć opowieść. Wszak kto dziś wytrzyma więcej niż 6922 znaki! Więc rycerz wędrował z chwałą u boku, na plecach, a czasem nawet niesiony przez morza, góry, pola, wsie, miasta, łąki, łoża i bezdroża i szukał sensu oraz dziewicy pokalanej przez następne stulecia, skubiąc chwale nieśmiertelność. I pewnie oskubał by ją doszczętnie, gdyby nie pewne zdarzenie. Otóż…

[! Przekroczyłeś 7042 znaki – brak miejsca! Zwolnij pamięć, wykasuj niepotrzebne znaki lub zacznij jeszcze raz !]

Jak Wam opowiedzieć tę historię? Czy da się tego dokonać krótko, zwięźle? Wszak czasy takie, że dłuższych opowieści nikt nie czyta. Gdy nawet telefon nie służy już do rozmów, ginie tradycja ciągnących się powolnie opowieści, nie ma czasu na dygresje, wątki poboczne, refleksje…