Pecunia non olet

Pecunia

 

Było upalnie, nieznośnie upalnie. Żar lał się na mnie i miasto. Idąc przez centrum zatrzymałem się przy wystawie zdjęć nienarodzonych dzieci. Obok stało dwóch łysych w czarnych koszulach. Pewnie pilnują, żeby nikt nie zniszczył zdjęć, gotowi do pałowania – pomyślałem.

Czy oni coś więcej potrafią? — nagle taka myśl przyszła mi do głowy. — Czy potrafią myśleć samodzielnie? Czy tylko powtarzają słowa ludzi typu Artur Zawisza. Ciekawe. Sprawdzić? Kusiło mnie.

Podszedłem troszkę bliżej, żeby jakoś się oswoić z ich masą i udawałem, że się przyglądam zdjęciom. Po dłuższej chwili zdecydowałem się na rozpoczęcie rozmowy.

— Czemu służy ta wystawa? — zapytałem.

— Jak to czemu? — zdziwił się pierwszy Wszech Polski. — To przeciw aborcji jest. Aborcja to zbrodnia na człowieku. To jest zabijanie nienarodzonych dzieci, które nie mogą się same obronić.
— To jest, kurwa, mor-do-wa-nieeee! Rzeź w biały dzień, normalnie, człowieku, kurwa! — dołączył się drugi.
— A jeśli to się stało przypadkiem, przez brak rozwagi, niechcący – zapytałem. — Na przykład mężczyzna nie miał gumki, albo mało wiedział o seksie i zapłodnił kobietę, choć…
— No jak, kurwa, niechcący? – zdębiał drugi Wszech Polski. — Nie ma przypadków. Facet jebie, Pan Bóg plemniki nosi! Nie ma, kurwa, niechcący! Chciało się suce jebania, to ją wyjebał, a jak się jebie, to się dzieci robi! Co ty, kurwa, nie wiesz?! Ile ty masz lat? Dziesięć? Dwunastolatki więcej wiedzą od ciebie! A poza tym gumek się nie używa, nie wolno, kurwa. Jak suka wypina dupę, to znaczy, że chce jebania, kurwa. A jak chce jebania, to chce dzieci, kurwa, no! A jak chce dzieci, to się gumy nie zakłada, bo mają być dzieci, kurwa. Rozumiesz?

Zatkało mnie. Stałem sztywny, nie mogłem z siebie wydusić słowa.

— Prezerwatywy są złe, bo prowadzą do rozpusty — włączył się pierwszy. — Używanie prezerwatyw skłania ludzi do seksu dla przyjemności, a to jest złe. Papież mówił…
— Jemu to trzeba łopatologicznie, kurwa, bo to jakiś pierdolony inteligent jest! – przerwał drugi. — Nie wolno i już. Bo jebie się, by życie było. Rozumiesz?

— Rozumiem – otrząsnąłem się jakoś i zmieniłem temat. — A jeśli kobieta jest bezpłodna i nie może zajść w ciążę, to dlaczego nie może skorzystać z metody in vitro?
— Bo to nie naturalne, to raz – pierwszy Wszech Polski starał się wyjaśnić mi to grzecznie. — A dwa: w tym procesie ginie wiele zarodków ludzkich, czyli to też aborcja, tylko że na dużą skalę.
— Właśnie, kurwa! Aborcja, mor-do-wa-nieeee! A mało to, kurwa, jest bachorów do adopcji?! Jak nie może mieć dzieci, to niech weźmie dzieciaka z domu dziecka, jak Bóg przykazał, w mordę. Proste?
— Tak, teraz rozumiem – odpowiedziałem. – A dlaczego zgwałcona kobieta nie może usunąć niechcianej ciąży? Dlaczego…
— Bo to też jest aborcja, kurwa! Taka sama zbrodnia na niewinnym człowieku, kurwa!
— No ale tu kobieta nie chciała…
— Jak to nie chciała, kurwa?! Co ty pierdolisz? Nie ma „nie chciała”! Jakby nie chciała, to by jej nikt nie wyruchał! Wszystkie baby chcą ruchania, kurwa, nie wiesz tego? Była zgwałcona, bo prowokowała. Nie ma nic bez przyczyny! One zawsze prowokują, zawsze kuszą. Czytałeś Biblię? No. Od Ewy się zaczęło i tak jest ciągle. Najpierw kuszą, a potem płaczą, że nie chciały, kurwa. Babskie ściemnianie, kurwa.
— A jeśli to było przestępstwo? Chory psychicznie facet to zrobił? – zapytałem. Poczułem, że nogi mi drżą.
— To nic nie zmienia – pierwszy mówił spokojnie. – Powstało życie i nie wolno go niszczyć. Musimy szanować życie dane od Boga.
— Ale gdzie tu miejsce na godność kobiety? Została pokrzywdzona i jeszcze ma wychowywać niechciane dziecko?
— To trudne jest, wiemy, ale… — pierwszy szukał odpowiednich słów.
— Jakie trudne? To proste, kurwa, jest! Trzeba babie przetłumaczyć do rozumu, że to jest człowiek i ma prawo żyć! A jak nie rozumie dalej, to przyprowadź ją do mnie, to ją, kurwa, nauczę szacunku do życia, sukę jebaną, kurwa mać. Ma urodzić i już!
— Może oddać dziecko do adopcji i… — pierwszy dalej starał się dobierać słowa rozważnie.
— No! Zamiast pierdolonego in vitro, kurwa!
— Właśnie, zamiast stosować in vitro, może adoptować dziecko z domu dziecka i wszystko będzie w porządku – powiedział pierwszy.
— E! — zawołał drugi do kogoś. — Zostaw to!

Obaj ruszyli w kierunku kobiety, która szykowała się do oblania farbą zdjęć. Zaczęła się szamotanina i krzyki. Nie miałem ochoty patrzeć na to zajście. Wystarczająco mocno dostałem po głowie tym, co usłyszałem. Potrzebowałem powietrza, musiałem ochłonąć.

Poszedłem do parku. Wszystkie ławki zajęte, dużo spacerujących, dzieci, psy, gołębie. Usiadłem w cieniu wielkiego drzewa obok mężczyzny ubranego na czarno. W taki upał to śmiała decyzja – pomyślałem mimochodem. Nie wyglądał na Wszech Polskiego. Starałem się zrównoważyć emocje. Czułem swoje tętno, przyspieszony oddech. Zamknąłem oczy i skupiłem się na oddechu. Spokojnie, miarowo, wszystkimi przeponami, joga. Ciało się rozluźniało, spokój wracał.

— Wierzy pan w Boga? — usłyszałem nagle.

Spojrzałem na mężczyznę zaskoczony, wyrwany z medytacji. Siedział pochylony, łokciami opierał się o kolana i patrzył w ziemię między stopami. Dopiero teraz zobaczyłem, że w ręce trzyma koloratkę.

— Nie — odparłem po dłuższej chwili. — Kiedyś tak, bardzo. Teraz nie, wcale.

Mężczyzna kiwnął głową. W zamyśleniu uniósł głowę i patrzył przed siebie. Zacząłem się niepokoić, że znów będę obiektem wpajania światopoglądu, więc wziąłem głęboki oddech i powiedziałem:

— Jeśli chce mnie pan…

— Nie — przerwał mi mężczyzna. — Nie zamierzam pana nawracać.

Moje zaskoczenie pewnie było widoczne dla całego świata, ale on nawet na mnie nie spojrzał.

— A kiedy pan przestał wierzyć? — zapytał patrząc w dal. — Co się stało?

Nie miałem ochoty na taką rozmowę. Nie lubię rozmawiać o religii i polityce, bo to dzieli ludzi. Wyczułem jednak, że ten człowiek potrzebuje takiej rozmowy, ma coś do przemyślenia. Tylko jak z nim rozmawiać, żeby dostał to, czego potrzebuje, a jednocześnie żebym ja się nie pogrążał w niechcianych emocjach?

— Nie było jednej rzeczy, jednego zdarzenia, jednej myśli. To wypadkowa życia. — Słuchał mnie, czułem to. Patrzył przed siebie i oczekiwał słów. — Gdy byłem dziesięcioletnim chłopcem byłem zafascynowany obrzędami maryjnymi. Chodziłem codziennie na msze do malutkiego drewnianego kościółka przy Hynka. Dziś go nie ma, stoi tam gigantyczny kościół, bez duszy. Zauważył mnie jeden z księży i chciał się ze mną zaprzyjaźnić, bardzo blisko zaprzyjaźnić, jeśli wie pan, co mam na myśli — kiwnął głową. — Potem jakoś mi przeszło. Wróciło trochę, gdy Wojtyła został papieżem. Poza tym miałem żonę głęboko wierzącą, ale nie znosiłem już mszy, nudziłem się, wyczuwałem jakiś dziwny fałsz w tych nabożeństwach. Po jakimś czasie poprosiłem żonę o wyrozumiałość, że nie będę w czasie mszy z nią w kościele, tylko posiedzę sobie w samochodzie i poczekam na nią. Było to strasznie trudne. Dusiłem się nienazwanymi wyrzutami sumienia, zarzucałem sobie jakieś nieokreślone zło. Zacząłem się wtedy nad tym zastanawiać. Wziąłem Stary Testament do ręki i zacząłem czytać. Później Nowy. Po jakimś czasie zauważyłem kilka niekonsekwencji, sprzeczności i odszukałem w internecie najstarsze zachowane tłumaczenie biblii, takie najbliżej greckiego źródła. Dotarłem do książek różnych badaczy biblii. Przeczytałem obszerne fragmenty Flawiusza. Sięgnąłem po inne książki o tamtych czasach. Dostrzegłem istotną różnicę w pojmowaniu świata tych kilka tysięcy lat temu i dziś. Zacząłem wczuwać się w życie tamtych ludzi, w ich potrzeby duchowe i marzenia o ojczyźnie wolnej, niepodległej, jak Polacy w czasie rozbiorów albo okupacji hitlerowskiej. I wtedy zrozumiałem, dlaczego Żydzi czekali na mesjasza i jak rozumieli jego rolę. I zrozumiałem dlaczego bodaj czterokrotnie Stary Testament był przez papieży wpisany do indeksu ksiąg zakazanych. I nagle pojąłem, że jestem sprytnie manipulowany, że mesjasz a zbawiciel to dwie różne funkcje, że postać Jezusa zbawiciela najprawdopodobniej zmyślił Szaweł, że Szaweł był znienawidzonym i odrzuconym przez rodaków kolaborantem, że dlatego winił Żydów za śmierć i ukrzyżowanie Jezusa, że z tego wziął się paneuropejski antysemityzm, faszyzm, komunizm, pisizm… — Mówiłem chaotycznie, kompletnie nie miałem ochoty na tę rozmowę, chciałem ją już skończyć, źle się czułem. Mężczyzna kiwał głową i słuchał. — Potem przyszła choroba mojej żony. Jej śmierć, cierpienie. Cierpienie jej i moje, i syna. Nonsens cierpienia…

Było gorąco, chciało mi się pić. Siedzieliśmy w milczeniu przez dłuższy czas. Wokół gwar, słońce, zgiełk miasta. Dzieci biegały wokół fontanny i piszczały, kot skradał się polując na gołębia, kobiety głośno rozmawiały ze sobą machając rękoma, starzy mężczyźni grali w warcaby, psy na trawniku kopulowały, przy mojej stopie pacnęło guano gołębia.

Mężczyzna westchnął głęboko, spojrzał mi w oczy, uśmiechnął się.

— Dziękuję — powiedział w końcu. — Lżej mi. — Znów patrzył przed siebie i obracał w palcach koloratkę.

Byłem bardzo zaskoczony tym, co usłyszałem. Jakoś nic mi się nie układało w całość. Czułem się dziwnie, jakbym był w jakimś filmie Felliniego. Abstrakcja!

Mężczyzna wstał, założył koloratkę i spojrzał na mnie. Dziwne miał oczy, nieobecne i mokre.

— Pecunia non olet. — Jego wymuszony uśmiech miał w sobie tyle rezygnacji, smutku, że można było czerpać garściami. — A duszy potępienie. Tu i teraz.

Z wielką serdecznością położył mi dłoń na ramieniu, po czym odszedł wolnym, ciężkim krokiem.

Siedziałem jeszcze jakiś czas w parku. Robiło się coraz nieznośniej, w każdym sensie. Czas do domu, zimny prysznic za królestwo!

— Obyś żył w ciekawych czasach — powiedział Pan Tarei i wskoczył do fontanny.