Już dobrze, dobrze już

przesł.

 

Zapis zeznania nr: 859/XI/99/C/02

Imię i Nazwisko: Adam Bartłomiej Stropek
Urodzony: 14 marca 1959 w Ostródzie.
Zamieszkały: Warszawa, ul. Włodarzewska
Stan cywilny: żonaty
Wykształcenie: wyższe

 

 

To wszystko jest nie tak, jak myślicie. Ja naprawdę chciałem zrobić coś dobrego… Ale, dobrze. Będzie po kolei. Najpierw muszę wyjaśnić od początku, jak to było. Od samego początku, bo inaczej nie zrozumiecie i będziecie mnie oskarżać niesłusznie o to, co dobrego z tego wynikło, myśląc, że to złe. Nie, nie!, albo od początku albo wcale. Mam chyba prawo do złożenia pełnego zeznania o dowolnej treści, prawda? No, właśnie.

Ukończyłem szkołę średnią w Ostródzie i rozpocząłem studia rolnicze w SGGW w Warszawie. Chcę, żebyście zapisali to wielkimi literami, że byłem najlepszy na roku, otrzymałem nagrodę za wyniki i wysokie stypendium od drugiego roku do końca studiów. Pracę magisterską napisałem najlepszą ze wszystkich, pochwalił mnie nawet rektor… Byłem najlepszy z najlepszych!… No, dobrze, już dobrze, do rzeczy. Ale zapisaliście to, tak? Dobrze.

Na ostatnim roku ożeniłem się z taką jedną dziewczyną z roku. O dzieciach nie myśleliśmy, gdyż jak tu rodzinę powiększać, gdy człowiek nie zarabia. Po studiach długo szukałem pracy. Przez prawie dwa lata byłem bez pracy i wreszcie zgodziłem się pracować dla rządowej agencji rolniczej, jako specjalista od środków ochrony roślin. To było bardzo nudne zajęcie, ale lepsze to niż nic. Przede wszystkim ta praca dawała mi kontakty z producentami, a byli to sami najwięksi na świecie. Z rolnikami też, ale o czym tu z nimi gadać… Wychowałem się na wsi i wiem, jak z nimi gadać, rozumiem ich sposób myślenia, ich potrzeby, no ale kontakty z nimi niewiele mi nie dawały. Natomiast koncerny! No, ci to byli na poziomie! To mi przynieśli próbki, to na obiad czy drinka zaprosili… Gadać nimi to była czysta przyjemność… I wtedy pomyślałem, że może zatrudnię się u nich. Nie miało dla mnie większego znaczenia w jakim charakterze, byleby wyrwać się z tej biurokracji i zacząć robić coś sensownego, no i kasę wreszcie zarabiać, a u nich to było możliwe!

Chodziłem koło tego tematu chyba z rok. Nawet obiecywałem, że się konkretnie odwdzięczę temu, kto mi pomoże. No i udało się, dostałem pracę repa, znaczy handlowca, w amerykańskim koncernie Biomax Chemicals. To jedna z największych firm na świecie. Te ich biura, samochody, te garnitury – Ameryka! Dostałem swój pierwszy samochód służbowy i komórkę. Samochód nie był jakiś super, ale służbowy i mogłem się wreszcie pokazać z podniesioną głową wszystkim tym kolegom ze studiów, którzy już pracowali. I angielskiego zacząłem się uczyć jak opętany – taka szansa!

Zacząłem od małego rejonu i miałem sprzedawać środki ochrony roślin pośrednikom. Ponieważ wywodzę się z tego środowiska z łatwością nawiązywałem kontakty. Bardzo szybko stałem się najlepszym sprzedawcą w firmie. Po roku za dobre wyniki sprzedaży dostałem nowy samochód i większy limit na bezpłatne rozmowy przez telefon komórkowy oraz przyzwoitą prowizję. Potem harowałem jak dziki osioł. Wymyśliłem zupełnie nowe sposoby komunikowania się z hurtownikami. Organizowałem konkursy, tzw. okazje na tańsze dostawy z wyprzedzeniem i inne jeszcze różne sposoby na zwiększenie sprzedaży. Już po 8 miesiącach miałem wyrobioną normę sprzedaży na cały rok. Na koniec roku starałem się tylko trochę przekroczyć normę, żeby mi nie dowalili jakiejś wyśrubowanej normy na rok kolejny. Byłem naprawdę dumny z tego osiągnięcia. Inni sprzedawcy byli na kolanach przy moich obrotach. Wygrywałem z nimi na każdym kroku, prześcigałem ich we wszystkim. Poprosiłem więc wtedy o nowy samochód, amerykański, z klimatyzacją i laptopa. Dostałem.

Kiedy zajechałem tym autem na niedzielny obiad do rodzinnego miasta… Kuźwa, żebyście widzieli te spojrzenia. Oczywiście starałem się zachowywać normalnie, ale dumny byłem, jak cholera. Stać mnie było na takie rzeczy, o których koledzy z liceum mogli tylko pomarzyć. Dostałem też służbową kartę kredytową na wydatki niezbędne do zwiększenia sprzedaży. Byłem naprawdę kimś. Dziewczyny kleiły się do mnie same. Wtedy postanowiłem rozwieść się z moją żoną i poszukać sobie jakiejś bardziej reprezentacyjnej kobiety. Dosyć szybko znalazłem Ewę: bardzo długie i zgrabne nogi, blond włosy, piękny dekolt, figura super modelki i pociągła piękna twarz, jakby z wyższej klasy, szlachetna. Wzięliśmy ślub w 1989 roku. Z taką żoną przyjemnie było pokazać się u szefa na imprezie.

Następny rok w firmie był jeszcze lepszy. Skupiłem się na trzech najdroższych produktach i udało mi się podwoić ich sprzedaż. Konkurencję doprowadziłem do takiej rozpaczy, że zwolnili pięćdziesiąt procent handlowców i niektórych ludzi od marketingu. Moje nowe pomysły były absolutnie genialne. Wtedy zaprosił mnie na rozmowę prezes i powiedział, że ma dla mnie życiową propozycję. Chciał, żebym zrobił MBA w USA, firma wszystko opłaci. Kuźwa, ja i amerykańskie MBA! A potem odbędę praktyki za granicą. Myślałem, że żartuje, pytając, czy się zgadzam!

Musiałem pogodzić dotychczasowe obowiązki i szkołę. Wykłady miałem z najsławniejszymi specjalistami na świecie, były zajebiście ciekawe. Ze zdziwieniem odkrywałem, że moje pomysły były genialnymi przykładami ich teorii. Mówiłem o tym bez skrępowania i sprawiało mi to wielką przyjemność.

Żona zaczęła się skarżyć na samotność, ale zmusiłem ją do zapisania się na babskie fitness, jogę czy inne jakieś tam zajęcia. Musiała się posłuchać, bo w końcu ja tu byłem mężczyzną w domu. Jak kobiety trzyma się krótko, to w domu jest harmonia i porządek.

Po zrobieniu MBA wyjechałem do Indii, odbyć zapowiadaną praktykę w marketingu. Żonę zabrałem ze sobą, mimo że miała niezłą pracę. Ale…, ja już tyle zarabiałem, że nie musiała pracować. Miała ładnie wyglądać i organizować przyjęcia w naszym domu.

Gdzieś tak po czterech miesiącach pobytu zaczęliśmy poważnie myśleć o dziecku. Raz, że wchodziliśmy w lata i nie ma co zwlekać, a dwa, że  moja pozycja w firmie umocniłaby się, gdybym miał dzieci. Wszyscy na średnim szczeblu już mieli i również dlatego byli bardziej wiarygodni dla firmy, a ja chciałem już przejść na szczebel wyższy i myślałem poważnie o większej karierze, gdyż większość ludzi w firmie to, no po prostu głupki i tyle. Otwierała się więc przede mną wielka szansa, która może się więcej nie powtórzyć. Takie szanse zdarzają się raczej raz w życiu, nie?

Jednak…, coś nam nie wychodziło. Przez kilka miesięcy, jakie jeszcze spędziliśmy w Indiach nie udało się żonie zajść w ciążę. Po powrocie do Polski wielokrotnie szukaliśmy pomocy u lekarzy od leczenia bezpłodności. Moje plemniki były w stu procentach sprawne, a żona zdrowa i płodna. Długo nikt nie potrafił nam wytłumaczyć, dlaczego nie może zajść w ciążę. Aż pewnego dnia, jeden z lekarzy wziął mnie na stronę i podpowiedział, że jest to prawdopodobnie przyczyna na tle nerwowym, że najprawdopodobniej żonie przeszkadza jakiś wewnętrzny lęk, obawa i powinniśmy się zgłosić do jakiegoś specjalisty od tych spraw. Wielu moich kolegów ze Stanów, Anglii czy Indii korzystało z porad psychologów, czy psychoanalityków, mówili o tym głośno i bez wstydu, więc uznałem że i ja mogę. Poza tym byłem gotów na wszystko, by mieć dziecko, w końcu tego wymagała moja kariera.

Kiedy szef dowiedział się, że chcę mieć dziecko, z uznaniem pokiwał głową. A gdy opowiedziałem mu o moich problemach, zaproponował pomoc w dostępie do najnowszych metod medycznych w Stanach. Powiedział, że jeśli to będzie wymagało dużych pieniędzy, firma pożyczy mi na dogodny procent, bo firma wierzy we mnie, poza tym zainwestowali we mnie już tak dużo…, rozumiecie?!

Gdy pojechałem do Nowego Jorku na doroczne spotkanie firmowe, miałem już zarezerwowaną wizytę u jednego z najlepszych amerykańskich lekarzy, wybitnego speca od leczenia niepłodności. Pojechaliśmy z żoną do niego, a ten obejrzał wyniki badań z Polski i powiedział, że powtórzymy badania. Pomyślałem, że albo chce być pewny wyników, albo chce naciągnąć firmę, jedno i drugie było logiczne. Wyniki potwierdziły naszą zdolność do rozrodu, więc odesłał nas do znajomego psychoanalityka! Ach ci Żydzi, można się od nich uczyć solidarności! Tak, tak, nie będę opowiadał o terapii. Powiem tylko, że żona zaszła w ciążę jesienią następnego roku i byłem przeszczęśliwy.

Przygotowywaliśmy się na nowego członka rodziny bardzo starannie. Żadnych pożyczonych rzeczy! Wszystko nowe i najlepsze na rynku. USG wykazało, że będzie to chłopak. Dżizys, jak ja byłem szczęśliwy! Będę miał syna, myślałem. Będziemy grać w piłkę, chodzić na basen, siłownię, jeździć na rowerach, potem motorami… dużo marzyłem.

Żona nie miała żadnych problemów, ciąża przebiegała prawidłowo, bez zagrożeń aż do początku 7 miesiąca. Okazało się, że szyjka macicy obkurczyła się tak bardzo, że groziło to przedwczesnym porodem. Poleżała trochę w szpitalu i wyszła z nakazem leżenia w domu. Zatrudniłem sprzątaczkę, kucharkę i opiekunkę w jednej osobie. Taką miłą Ukrainkę. Ależ była gruba i brzydka, matko! Ale dobrze, bo nie wzbudzała zazdrości u żony, he he he. No bo jak ja bym taką mógł posuwać he he he.

W firmie wszyscy mi kibicowali, szef dał małą podwyżkę, by zrównoważyć wzrost wydatków domowych, a sprzedawałem ciągle najlepiej nie tylko w Polsce, ale i w Europie!

Na miesiąc przed rozwiązaniem ciąży szef wezwał mnie i powiedział, że mają zamiar zwolnić dyrektora od marketingu. Spodziewałem się tego, bo kutas nic nie robił tylko chwalił się moimi sukcesami na zebraniach w centrali i sobie przypisywał ten sukces. Szef zapytał, czy czuję się już gotowy objąć to stanowisko. Zatkało mnie z początku. Prawdę mówiąc spodziewałem się tego, ale nie aż tak szybko. Oczywiście, że się zgodziłem, bo przecież następnej okazji na pewno by nie było, nie w korporacji, dwa razy nie dostaje się takiej szansy. A przecież z tej pozycji już tylko krok do objęcia stanowiska prezesa polskiego oddziału, a potem kariera w centrali!

I tak od września objąłem stanowisko dyrektora marketingu. To był awans na miarę amerykańskiego snu! Żona czuła się raz lepiej, raz gorzej, ale cierpliwie leżała. Zakazałem jej chodzić dalej niż do łazienki. Kupiłem nowy telewizor do sypialni, największy jaki był w sklepie, z kinem domowym w zestawie. Kupa kasy, ale czego nie robi się dla żony w ciąży, gdy można mieć jeszcze lepszą pozycję w oczach zarządu w centrali, nie?!

Gdy byłem w delegacji we Wrocławiu, dostałem wiadomość, że żonę przewieźli do szpitala, bo wody odeszły i zaczęły się skurcze. Zostawiłem samochód służbowy i złapałem samolot do Wawki. Na lotnisku dowiedziałem się, że mam syna. Kupiłem ćwiartkę wódki i wypiłem duszkiem ze szczęścia. Potem wziąłem taksówkę i pojechałem do szpitala. W życiu nie wpakowałem sobie do gęby tyle gumy do żucia, żeby nie było czuć ode mnie alkoholu. Kupiłem wielki bukiet róż
i poszedłem na oddział.

Odnalazłem salę żony. Wszedłem i zobaczyłem, że żona płacze. Nie mogła wydusić z siebie słowa. Gdy się trochę uspokoiła, powiedziała, żebym się nie martwił, będziemy mieli więcej dzieci, że to też pokochamy, bo nasze. Potem już nic nie powiedziała tylko płakała
i płakała.

Pielęgniarka zaprowadziła mnie do sali noworodków i pokazała mi mojego syna przez szybę. Potem zaproponowała, bym pobył z synem sam w sali obok. Zgodziłem się. Po chwili przyniosła mi go zawiniętego w te białe bambotle i zostawiła nas samych. Przyjrzałem się mu w radości i z obawą zarazem. Po chwili dopiero zrozumiałem, o co żonie chodziło. Mój syn miał wadę genetyczną. Miał zespół Downa.

Siedziałem porażony. Nie wierzyłem w to, co widzę. Przez głowę przeleciały mi moje niedawne marzenia o szczęśliwej rodzinie. Potem zacząłem sobie wyobrażać nasze życie z tym dzieckiem, problemy z porozumiewaniem się z nim. Zastanawiałem się, jak ja w firmie wytłumaczę tę sytuację. Przecież dyrektor marketingu w Biomax Chemicals nie może mieć takiego dziecka! To porażka! „Nieudacznik!” – słyszałem te ciche komentarze. Potem zastanawiałem się, czy takie dziecko może w ogóle być szczęśliwe?! A co z nami!? Jakie będzie NASZE życie? Jak tu się pokazać z nim wśród kolegów z pracy? Będę wyśmiewany przez nich! Ani dziecko ani my nie będziemy szczęśliwi. NIGDY! Takie rzeczy się zdarzają, ok, ale nie u mnie, nie w mojej rodzinie! Nie wtedy, gdy mogę dalej awansować! On nigdy nie będzie szczęśliwy i unieszczęśliwi mnie! Na resztę życia!

Doszedłem do wniosku, że lepiej by było, gdyby się nie urodził. Lepiej będzie dla wszystkich, żeby go nie było. Tak będzie lepiej i dla niego, i dla nas, dla mnie i dla państwa też. Wziąłem poduszkę z łóżka i przyłożyłem do jego twarzy. Miotał się przez jakiś czas. Machał rączkami, nóżkami. Po pewnej chwili przestał się ruszać. Był już spokojny. Szczęśliwy. Ja też. Zrobiłem coś na prawdę ważnego i dobrego, prawdziwie męskiego, dobrego dla niego i dla nas. Nikt już nie będzie cierpiał, a życie będzie toczyło się dalej spokojnie, harmonijnie. Mamy jeszcze czas. Mamy czas. Mamy szansę. Już spokój. Już dobrze. Dobrze. Będzie dobrze. Dobrze. Bez cierpienia. Spokój. Pokój. Dobro. Cisza. Wszystko przed nami. Dobrze. Dobrze. Dobrze już.