Easy Rider

Easy Rider

Kasi

Zaproszenie nagłe, spontaniczne, oczekiwane.

Dochodzi północ, dojeżdżam. Mały, stary domek. Wyłączam swój zapylacz miejski, zwany elegancko skuterem. Ciepło. Cicho. Cisza tak cudna, że serce grzeje. Z domku dochodzą śmiech i muzyka. Rozkraczam się na ślimakach. Łapię równowagę i wchodzę. Sień ciemna, głowę chylę na wszelki wypadek i mądrze, ocaliłem życie, niskie drzwi. Wchodzę. W środku, w bladym świetle świec gospodyni wita mnie pięknym uśmiechem. Reszta towarzystwa także w dobrym nastroju. Witam się, przestawiam, siadam, rozglądam.

Stary kredens, w nim gruba i ręcznie malowana ceramika. Dużo próżnych kształtów w szkle i kolorowym metalu. Stary stół, stary fotel, stare krzesła (każde inne), stara podłoga, stary sufit, stare ściany, stary piec, stara kuchnia węglowa i zlew stary, szafki stare, drzwi stare, kruk — nie stary.

Patrząc na przedmioty, którymi otoczyła się gospodyni i ich rozmieszczenie już po kilku chwilach wiem, że to wybór, nie przymus.

Spod stołu na blat wędruje kolejny trunek domowej roboty. Wspaniały. Szkło wielkie, jak salwy śmiechu i radość. Snują się opowieści o przestrzeni, wędrowaniu, przemierzaniu, wodzie i wietrze, biwakowaniu, podziwianiu, strachu i śmiechu, życiu i śmierci.

Po wschodzie słońca krótki wypoczynek, po południu mocne kawy dwie i powrót. Psica czeka przecież, więc wracam szybko. Wita mnie, jakby bała się, że kiedyś nie wrócę nigdy. Nie odstępuje mnie na krok, ociera się co chwila. Biorę smycz do ręki i szczęście jeszcze większe. Siadam na brzegu rzeki w późnym słońcu. Pies pływa radośnie, ale wciąż patrzy. Nie odbiega, pilnuje.

Jak to jest z tą wolnością? Czy wolność to możliwość wyboru? Czy też dokonuje się wyboru, bo jest się wolnym?

— Wybierz sobie kobietę i ożeń się, miej dzieci, znajdź dobrą pracę i szanuj ją. TAK, JAK MY WSZYSCY. I pamiętaj: odpowiedzialność!

— Tak, mamo, za wszystkich i wszystko.

— Dojrzałość, synu!

— Tak, tato, nad serce i duszę. A pragnienia? Szczenięcych lat marzenia?

— Później, synu, nie teraz, teraz nie możesz, masz żonę, dziecko, dom, ogród, psa, sześć kotów, później. Dokonałeś przecież wyboru. Żałujesz?

— Nie, ojcze.

— Po prostu jest inaczej, niż sobie wyobrażałeś.

— A ty ciągle marzyłeś o jachcie. Pamiętam, jak godzinami rysowałeś plany, zbierałeś materiały, mówiłeś o pływaniu, wietrze, przygodzie… i nigdy go nie zbudowałeś.

— Każdy ma marzenia, synu, i każdy ma obawy. I wiem coś, o czym mało kto wie: jest coś takiego, jak smutek spełnionych marzeń. Więc uważaj gdzie, kiedy i o czym marzysz.

Och, tato, jak ja cię dziś rozumiem.

— A teraz? —zapytałem siebie na głos. — Tęsknię za wolnością z lat dawnych? Zatraciłem tę radość, która pchała mnie nad jeziora pod namiot z gitarą i piórem, gdy miałem lat naście? Teraz to chyba tylko w dupie mam pióro.

— To pewnie hemoroidy — odezwał się Pan Toflarz. — Powinieneś pójść do lekarza.

 

— Chcesz łyka? —Bardzo chropowaty głos, przeorana bliznami okrągła twarz.

— Cześć Charles. — Uśmiechnąłem się do Bukowskiego. — Ciężko było?

— Bez przesady. — Charles właśnie skończył litrową butelkę whisky. — Wolność to droga rzecz, ale warta wszelkich pieniędzy. — Z kieszeni kurtki wyjął kolejną butelkę. — Lub ich braku.

— Czy wolnym jest się wtedy, gdy ma się dużo pieniędzy, czy wtedy, gdy ich się mieć nie chce?

— A wybierz sobie opcję, obie są dobre. — Zaśmiał się Bukowski. — Tak, czy siak będą Cię nienawidzić, będziesz im igłą w oku, będą pluć na ciebie i stronić, ale… warto. Dopóki nie będziesz się przejmował tym, „co ludzie powiedzą”, masz szansę na wolność. Umarłem, jak wszyscy, ale żyłem, jak chciałem. Teraz moje książki i wiersze są wydawane w milionach i wszędzie — śmiał się.

— Zapewne śmierć poety jest dla niektórych tem samem, czem dla szczurów nikczemnych – nieobecność pana w pałacu: rządzą się samowolnie i bezczelnie w pustych komnatach i mienie pańskie uważają za prawnie przywróconą swym kłom i pyskom własność. — Leśmian się dosiadł niespodzianie. — I nie tyle nawet kły, ile właśnie pyski tuczą się na bezbronnym chlebie wzgardzonego za życia siewcy, przedzierzgając ów chleb w podnietliwe smakołyki dla swych zdrętwiałych od nudy podniebień, lub spieniężając go umiejętnie na rynkach i targach publicznych. *

— Masz, pij, chłopie — zaśmiał się Charles i podał Leśmianowi flaszkę.

— Zamierzasz być ponętną ofiarą ładu społecznego? — spytał Leśmian z iskierką w oku. — Społeczeństwo odwróci od ciebie wzrok i poczeka, aż skonasz w zaułku, z dala także od ich czułych nozdrzy, cobyś nie zakłócił tego ładu, czyli jego zbrodniczej codzienności, który jest wszak ich sumieniem. Uważaj, o czym marzysz! *

— Wypij ze mną, bracie! — zakrzyknął Bukowski z radości.

— Naprawdę chcesz, by niebieski przepych wywalczonych przez ciebie na ziemi marzeń stał się rozrywką czytających lub oczytanych filistrów oraz źródłem dochodu byle jakiego wydawcy, czy księgarza? *

Bukowski zaśmiał się serdecznie, wziął pod rękę Leśmiana i odeszli rozmawiając żywo.

Położyłem się na piasku. Zamknąłem oczy i wyobraziłem sobie długą i ożywczą jazdę na motorze, potem ognisko w lesie nad jeziorem. Liczna kompania motocyklistów, alkohol i rozmowy po świt. I gdzieś w zakamarku gasnącej jaźni, a może sumienia, usłyszałem Hansona:

— O tak, to prawda, każdy chce być wolny, zgoda. Ale mówić o wolności i być wolnym – to dwie zupełnie różne rzeczy. Trudno być wolnym, kiedy jest się zasobem na rynku. Tylko nie mów im, że nie są wolni, bo gotowi cię zabić lub okaleczyć, aby udowodnić, że nie masz racji. O tak, mogą gadać bez końca na temat wolności jednostki, ale kiedy widzą wolną jednostkę, to się jej boją. **

Poderwał mnie wystrzał. Pies leżał przy mnie wystraszony.

To nie pistolet. Dzieciaki bawiły się kapiszonami nad rzeką.

 

___________________________________________________

* Cytat ze wstępu do Edgar Allan Poe „Opowieści nadzwyczajne” Tom 1 w tłumaczeniu B. Leśmiana, E. Wende i Spółka, Lwów.

** Cytat z filmu „Easy Rider”, kwestia Hansena.