Novecento

novocento-piano (1)

 

 

Deszcz pchał się do mieszkania, wiatr targał skrzydłami w całym domu. Noc, przecinana co jakiś czas feerią światła, błagała o spokój. Pies skrył się w łazience, kot w szafie, a ja stałem na balkonie i podziwiałem gwałtowność wiosennego kaprysu. Chłonąłem energię burzy. Czułem, jak rozładowuje moje emocje, wysysa ze mnie złość i troski. Podziwiałem jej siłę, gwałtowność, zdecydowanie.

Przeżyłem pod namiotem kilka groźnych burz na Mazurach, ale nigdy na morzu. Nad morzem owszem, ale nie na pokładzie lub pod nim. Czy też bym cierpiał na chorobę morską? Przyszło mi nagle to pytanie na myśl. Skąd takie pytanie?

– Ach ta twoja dysfunkcja uwagi. – Usłyszałem tubalny miękki głos sprzed wielu lat. – Nie wiem, do prawdy nie wiem, jak zdałeś maturę i nawet mi nie mów, nie chcę wiedzieć.

– Och, panie profesorze – uśmiechnąłem się łobuzersko. – Jakoś poszło.

– Tylko nie zaczynaj wspominać – ostrzegał mnie Pan Ek. – Masz iść…

– Spieprzaj – warknąłem i nie pozwoliłem mu dokończyć. Odszedł urażony. I dobrze, lecz zdążył mi popsuć nastrój i zmienić bieg myśli.

– Iść, ciągle iść w stronę słońca – zapiszczała Pni Usia i uciekła chichocząc. Jest bardziej złośliwa niż moja kotka! To możliwe?

– Coś ważnego miałeś przemyśleć. – Pan Egiryk stał za mną i szeptał mi do ucha.

– Jaki ty delikatny i czuły! – palnąłem ze złością. Wycofał się w mrok pokoju, lecz nim zniknął obdarował mnie przyjacielskim uśmiechem.

– Iść, iść, iść – przedrzeźniałem na głos Eka i Usię jednocześnie. A może siebie? – Iść? Dokąd? W świat? Po co?

– Może, by zacząć wszystko od nowa.

Jak ja tęskniłem za tym głosem!

– Och, Novecento – westchnąłem i uśmiechnąłem się do niego. Odwzajemnił. Chciałem go z radości poczęstować papierosem, ale przypomniałem sobie, że nie pali. Usiedliśmy na krzesłach i patrzyliśmy na burzę. Tak długo zbierałem się na rozmowę z nim, a jak wreszcie przyszedł, siedzimy w milczeniu. Mężczyźni, kurde.

– Czemu ani razu nie wypiłeś z kumplami drinka? – zapytałem nagle, żeby jakoś zacząć.

Rzucił mi krótkie spojrzenie, ale bez zdziwienia czy złości.

– Nie miałem takich kumpli, z którymi chciałbym się napić. Nie interesowali się mną na tyle, by wejść w mój świat, więc po co? – Podziwiał burzę. Poruszał palcami prawej ręki w rytm deszczu. – Tylko z Maxem raz wypiłem szklaneczkę, na pożegnanie. Ale chyba nie o to chciałeś zapytać?

– No, nie o to – zamruczałem.

– Widzisz – wziął głęboki wdech. – Mnie nie mogło się udać. Chciałem, bardzo chciałem, ale mój świat… – szukał słów. – Mój świat na prawdę zamykał się w 88 klawiszach i wybrzmiewał między dziobem a rufą. Bardzo pragnąłem usłyszeć głos oceanu z brzegu, ale bezkres miasta, któregokolwiek zresztą, wystraszył mnie.

– Bezkres miasta? – zdziwiłem się.

– Pozwól mi na moje rozumienie bezkresu, jak i ty innym pozwalasz na ich rozumienie czasu, przestrzeni, miłości… – Jego lewa ręka drgnęła na odgłos grzmotu.

Kiwnąłem głową.

– W swoim świecie byłeś podziwiany, oczekiwany. Gdybyś zszedł na ląd, też byś to miał – powiedziałem. Patrzyłem na niego z uwagą.

– Zaczynasz sobie odpowiadać na pytania – powiedział i uniósł lekko brwi. W rozbawieniu?

– Myślisz? – zdumiałem się.

– Yhm.

– Ale… zakochałeś się przecież. Czy pragnienie tej kobiety było zbyt słabe, by….

–  A skąd wiesz, jak by się potoczyło życie? Może bym jej nie odnalazł nigdy? Tyle tam ulic.

– A nie chciałeś walczyć? Jak jej ojciec?

– Gdy ma się dla kogo walczyć, walka nabiera innego wymiaru. Wiesz to przecież lepiej niż ja. Wiesz też, że gdy jest się samemu, krew i pot nie smakują tak samo. Ja nie miałem dzieci,  przyjaciół, nawet matki, a ty ciągle masz dla kogo.

Grzmot. Ogłuszający!

– Miałem swój świat i wyrażałem go muzyką. Świat innych opisywałem w ten sam sposób, ale to był ich świat. W moim było mi dobrze, czułem się bezpieczny i spełniony. Samotny, ale….

– Aż tak ciężko było Ci wyjść z niego?

1900 zaśmiał się serdecznie.

– Zawsze ciężko jest opuścić miejsce, w którym czujesz się bezpiecznie. Może jesteś w nim nieszczęśliwy, albo szczęśliwy nie całkiem, ale trudno jest go opuścić. Niewielu to potrafi. Popatrz, jak wielu ludzi tkwi w nim po uszy, choć niekiedy cierpią przez to. Ty potrafisz powiedzieć NIE i wyjść.

– Ja?

– Teraz masz wątpliwości, bo zdaje ci się, że nie możesz odepchnąć się nogą i znów ruszyć. A jak było wcześniej?

Zamknąłem oczy i pojawił się film. Różne miejsca, różny czas, różne światło, różne ujęcia.

Z odrętwienia wyrwał mnie potężny huk. Malał szum ulewy i liści. Nie słyszałem już jęku gnących się gałęzi. Zamknąłem balkon, wziąłem smycz do ręki. Pies nie ruszył się, spojrzał na mnie tylko pytająco. Dobrze, pójdziemy później. Nawet taki twardziel z północy ma prawo się bać.

Każdy ma swoją granicę twardości przecież.

 

Warszawa, czerwiec 2013 r.