Zew

zew

 Anicie

 

Ciepło, przyjemnie. Wystawiam twarz. Światłość przyzywa mgłę. Powoli unosi ją i zagarnia odkrywając świergot w skrytości. Pies się wybiesił i siedzi obok. Patrzymy. Ja na refleksy, ona na kaczki. Mi rodzą się słowa, psu cieknie ślina. Szepczę do niej. Patrzymy na siebie z ufnością. Głaszczę, podnoszę jej wargę. Jęzor i kieł, jak miłość i śmierć. Liże mnie po ręce, mocno i poddańczo. A kieł tkwi w zanadrzu. Zamykam oczy, bo słońce woła. Zdejmuje mi kaptur, rozpieszcza. Czuję jego siłę. Chce mi coś wyjaśnić. Przywołuje obraz.

Grudniowy wieczór. Na okrągłym stole ser, wędlina, oliwki, wino i słońce w kloszu.  Ziele oszałamia i wyzwala przyjemnie. Wokół dwie kobiety, jedna bliska, kot. Kobiety mówią, kot liże łapę, jest u siebie. Siada na kolanach bliskiej i odsłania oczy. Rzuca ogonem. Wwierca się we mnie. Chce się zmierzyć. Prowokuje. Przyjmuję wyzwanie, oddaję spojrzenie. Wyciąga pazury i kaleczy mi rękę. Odsłaniam zęby, syczę. Kot naciera. Syczę głośniej. Tnie głęboko. Czuję zew. Broczącą dłonią okazuję swą siłę. Za wielka dla kocura, ucieka. Kobieta przerażona. Wstaje. Nie daje się dotknąć. Cofa się. Oddala. Na zawsze. Zrani ze strachu, także siebie.

 

 ***

Umiesz odebrać życie?

Umiem.

Odebrałeś?

Tak.

Raz?

Wiele.

Dlaczego zabiłeś?

Bo musiałem.

A dać życie umiesz?

Tak.

Zrobiłeś to?

Tak.

Raz?

Raz.

Dlaczego raz?

Bo drugi mógłby zabić.

Czyli umiesz kochać?

Chcesz znów pokochać?

Chcę.

A zabijać?