Zew Natury

zev

 

Bardzo, bardzo długo zastanawiałem się i nie tyle CZY, ale JAK Wam opowiedzieć o moim spotkaniu z Kulturą. Mówiła w taki sposób, że wszystkie znane mi z praktyki środki stylistyczne wydały się niewłaściwe, za słabe, grafomańskie. Opowiem więc po prostu, bez poezji w prozie, bez wyszukanych fraz, tempa, melodii, językiem prostym, ale oddającym szacunek bohaterce.

Z Kulturą umówiłem się popołudniową porą na mieście. Zaprosiłem na kawę. Podano nam ją w starodawnych filiżankach, z czekoladką i szklaneczką wody. Zamówiliśmy sobie jeszcze po ciastku z kremem i było pysznie. Kultura była wysoka, piękna, szlachetnie się prezentowała w starannie dobranym stroju, dostojna. I było w niej to coś, co zawsze najbardziej pociąga – niedostępność i tajemniczość. Twarz jak u Modiglianiego, oczy z płócien Chagalla, usta wzięte z Klimta, dłonie wyrzeźbione przez Michała Anioła. Nie sposób było się nasycić, patrzenia wciąż mało i mało.

Rozmawialiśmy spokojnie, z lekkim dystansem do siebie i rzeczywistości. Przeważnie mówiła wolno,  z namysłem dobierając słowa, które były piękne i takoż brzmiały. Czasem, gdy była jakimś tematem podekscytowana, mówiła szybciej, sięgając po język potoczny, dorzucając miejscami jakiś wulgaryzm, który, zapewne przez moją fascynację jej osobą, nie tylko nie raził, ale zręcznie podkreślał, nie zgrzytał, podniecał. Nie mówiłem zbyt dużo, bo i gdzież mi do przemawiania przy niej. Zadawałem pytania, prosiłem o szczegóły, przykłady. Kiwałem głową, mruczałem cichutko, ręką zachęcałem do rozciągania wątków i pożerałem ją oczami.

Zamówiliśmy sobie jeszcze po kawie i znów podano z czekoladką i wodą. Chwytała filiżankę za ucho trzema palcami, brała malutkie łyki, nie siorbała. Ileż w niej było gracji, dostojeństwa, szlachetności! Opuściliśmy kawiarnię, gdy zaczęliśmy rozmawiać o Van Goghu. Zapomniałem pójść łazienki, ale kto by w takich chwilach myślał o naturze. Szliśmy brzegiem Wisły i rozmawialiśmy o Dostojewskim, Tołstoju, Bułhakowie. Gdy zeszło na Balzaca, wstąpiliśmy na wino. Powoli podnosiła kieliszek i wpatrywała się kolor szlachetności. Subtelnie wciągała aromat wina i popijała ze smakiem. Za jej plecami, po ścianie spływała woda w kamiennej mini fontannie. I wtedy po raz pierwszy usłyszałem coś jakby chichot. Cichutki, cieniutki chichocik.

Potem przechadzaliśmy się alejami parkowymi, mówiąc o życiu i cierpieniu, przytaczaliśmy Millera, Bukowskiego, Geneta, Ionesco. Gdy zapatrzyliśmy się przed wielką warszawską fontanną na Powiślu i zamilkliśmy na dłuższą chwilę, znów usłyszałem. Teraz bardziej już śmiech, taki, którego właściciel wie o czymś, ale nie chce zdradzić.

Rozmowy o sztuce końca dwudziestego wieku skłoniły mnie do zaproszenia ją na piwo. Raz niemieckie, raz holenderskie i na koniec czeskie świetnie pasowały do rozmowy o fotografii i muzyce rockowej. Rozluźnieni, pozwoliliśmy sobie na zmniejszenie dystansu i objęci, chwiejnym krokiem, sunęliśmy przez pogrążające się w nocy miasto. Pocałowałem ją mocno, namiętnie, nim zniknęła w metrze.

I wtedy uświadomiłem sobie, jak bardzo mam pełny pęcherz. Ból narastał, wypełniał mnie i rozsadzał. Łazienki w metrze nie ma, więc poszedłem na Nowy Świat. Tam spotkałem starą znajomą, Filozofię. Zwierzyłem się jej z mojej udręki i potrzeby, a ona poleciła mi, bym poczytał Ciorana, Nietzschego, zapoznał się z naukami Buddy, bo gdy człowiek pozbędzie się wszelkich pragnień, przestaje cierpieć. Nakrzyczałem na nią i bez pożegnania udałem się na poszukiwania miejsca, gdzie mógłbym uwolnić się od udręki. O tej porze restauracje już zamykano, ale jedna jeszcze działała. Wpadłem, stanąłem w korytarzu i prawdopodobnie z dobrze widocznym obłędem w oczach, szukałem toalety. Podszedł do mnie człowiek bez szyi i powiedział, że bez krawata nie wpuszczają, bo to kulturalne miejsce, po czym bardziej mnie wypchnął niż wyprosił. Coraz mniejszymi kroczkami przemierzałem ulice miasta w poszukiwaniu Toy-Toy’a lub szaletu miejskiego, ale nigdzie ratunku. Jęknąłem, gdy mały łaciaty pies obsikał róg kamienicy. Z trudem zniosłem widok kobiety podlewającej kwiaty w oknie. Cieknący kran na ścianie budynku mało nie wywołał eksplozji. Rozważałem wejście do bramy, ale, jak pewnie rozumiecie, po takim spotkaniu, z taką osobą, nie mógłbym sikać w bramie.

Chichot, który słyszałem w głowie, przeszedł w śmiech dojrzałej złośliwej kobiety. Podtrzymywałem brzuch dłońmi, uda ściskałem tak mocno, że poobcierałem sobie kolana i poobijałem kostki. Rzucałem się gwałtownie w różne strony w nadziei znalezienia szaletu i w końcu go zobaczyłem. Jak mogłem zapomnieć! Przecież od zawsze tu był, a za komuny właśnie przy nim można było kupić dobrą trawkę i coś mocniejszego. Najszybciej jak tylko mogłem dopadłem drzwi męskiej toalety. Szarpałem za klamkę i wyłem z bólu i radości, bo przecież już jestem, już za chwilkę będę mógł  się wyzwolić, dać ulgę spracowanym mięśniom, o których istnieniu zapomnieliśmy, gdy zobaczyłem odręcznie napisaną wiadomość: AWARIA. NIECZYNNE. Zawyłem wcale nie cicho i rzuciłem się do damskiej części. I już się cieszę, już się raduje całe ciało moje, już otwieram drzwi, już wchodzę i chcę biec do kabiny, gdy dostaję torebką w głowę, raz, drugi, trzeci, zasłaniam się, bronię twarz, zasłaniam rękami głowę przed kolejna torebką, chcę krzyczeć, że nie wytrzymam, że muszę, ale słyszę o braku kultury, od zboczeńców mnie wyzywają, o ratunek wołanie słyszę, więc zaciskam udręczone mięśnie, uciekam, biegnę przed siebie, na oślep. Oglądam się, czy Straż Miejska mnie nie goni, nie macham rękoma, kostki obijam, buty moczę w kałuży, do drzewa biegnę, mam gdzieś kulturę, tę wysoką, tę niską, dzisiejszą, dawną, piękną, wulgarną, każdą, do parku wbiegam, kota widzę, jak zagrzebuje dołek, w krzaki wpadam, psy szczepione w akcie stworzenia płoszę, spodnie chcę rozpiąć trzęsącą się ręką, nie mogę, bo spodnie nowe, guziki nie wyrobione, dżinsów prawdziwych mi się, cholera, zachciało, rozporek rozrywam, bo mi wszystko jedno i… ten śmiech słyszę, śmieje się ze mnie, rechocze, Natura.