Żegnaj laleczko, czyli koniec z tęsknotą za niemożliwym

żegnaj laleczko

 

Brnę przez pozostałości po czterech dniach deszczu. Ani jednego suchego miejsca. Część czeka na słońce, część wartko spływa do rzeki. Myślę, jak się pogodzić z odrzuceniem? Co zrobić? Boli cholernie. Marzę, żeby spłynęło to ze mnie wreszcie i przyszedł spokój. Albo wyparowało. Wszystko jedno. Zostańmy przyjaciółmi – powiedziała. Kurwa, co to za przyjaźń, która dręczy? Nadzieja feniksem wstaje przy każdym spotkaniu i wierci otwory w całym ciele. Jak młotem skuwa dopiero co zaciągnięty tynk konsolacyjny.

Usiadłem na wilgotnym konarze. Z całych sił starałem się wprawić w dobry nastrój, bo i słońce pięknie grzało i pies radosny, ale zbyt duży smutek miałem w środku. Coś musiałem wreszcie zrobić z tęsknotą za niemożliwym.

― To już prawie rok, a Ty ciągle się łudzisz.

Dobrze, że przyszedł. Cieszę się, że zawsze mogę na niego liczyć, gdy potrzebuję.

― Och Rick, przecież sam wiesz najlepiej. ― Westchnąłem.

― Wiem, wiem ― powiedział i usiadł obok.

Siedzieliśmy nad rzeką zadumani. Nie wiem, ile czasu upłynęło. Godzina? Mniej? Paliliśmy w milczeniu.

― Franka za twoje myśli* ― powiedziałem w końcu.

― Zabij ją.

― Że co? ― zdumiałem się.

― W wyobraźni. Zastrzel albo przypadkiem znajdź ją martwą w wannie. Wezwij policję, karetkę itd. Potem zorganizuj pogrzeb i zapomnij.

― To nie jest zabawne, Rick.

― Wleczenie trupa to cięższe zadanie niż obnoszenie się ze złamanym sercem** ― powiedział Marlowe i przysiadł się do nas.

― I dlatego to lepsze rozwiązanie? ― nie bardzo rozumiałem, co Marlowe miał na myśli.

― Słuchaj Facet, ona ciebie nie kocha, tak? I nigdy nie pokocha? A na pewno nie tak, jak tego pragniesz, zgadza się? Więc pochowaj ją, rzuć kwiaty na mogiłę i odejdź nie oglądając się za siebie. Pozostaw sobie w pamięci wspaniałe wspomnienie o niej i idź dalej. ― Rick był poważny.

― To działa? ― zapytałem z niedowierzaniem.

― Działa, wierz mi. ― Rick sięgnął do kieszeni po paczkę papierosów. Poczęstował nas.

Zamyśliłem się. Teraz ta propozycja wydawała się mniej szokująca, ale miała słabe strony, bo jeśli nagle i przypadkiem znów się pojawi w moim życiu? Jak Ilsa w barze Rick’a.

― A co jeśli do mnie zadzwoni? Przecież jesteśmy przyjaciółmi i w każdej chwili może zadzwonić, napisać sms’a albo wysłać maila, co wtedy? ― wyrzuciłem z siebie.

― To ty jesteś jej potrzebny jako przyjaciel, a dla ciebie to męczarnia. Ty pierwszy napisz, że to koniec i żadnych kontaktów ― spokojnie odparł Rick.

― A jak powie, że jednak… może…

― Baby łżą na każdy temat… po prostu, żeby nie wyjść z wprawy** ― powiedział Marlowe
z przekąsem.

― Żegnaj laleczko? ― westchnąłem.

― Właśnie tak ― odparł  Marlowe.

― Żegnać się, to jak trochę umierać.*** ― Spojrzałem pytająco na Marlowe’a. Kiwnął głową
i odparł:

― Coś w tobie umrze, ale w sumie wyjdzie ci na dobre.

Nie musieli nic więcej mówić. Czułem, że mają rację, ale wciąż się wahałem.

― Najprostsze rozwiązania są najlepsze ― odezwał się Pan Aceum.

― Gówno prawda ― w zamyśleniu bąknął Pan Tałyk i też wyciągnął papierosa. Usiadł. Pochylił się w przód i zastygł w tej pozycji. Kogoś mi przypominał w tej pozie.

― Przepraszam bardzo, a pan to kto, się pytam? ― Pan Tera zaniepokojony podszedł
do Ricka z podwiniętymi rękawami.

― Jestem pijakiem* ― odparł sucho Rick, wstał i położył rękę na moim barku. ― Uśmierć ją tak, jak ciebie uśmierciła Mashka. Bardzo cierpiała, a ty to rozumiałeś i jej pomogłeś. Teraz twoja kolej ― powiedział ze zdecydowaniem w głosie. Poklepał mnie jeszcze raz
i odszedł powolnym krokiem.

― Nigdy nie należy zajmować się pijakiem, to błąd*** ― zaśmiał się Marlowe. Musnął palcami rondo kapelusza na pożegnanie i poszedł za Rickiem.

Nie byłem już tak bardzo smutny, jak wcześniej. Trochę jeszcze na pewno, bo przecież ciężko rozstawać się z marzeniem, ale jednocześnie czułem, że zaczynam się uwalniać. Jeszcze tylko jeden krok.

― Sprytne ― powiedział Pan Logizm. ― Może się udać.

― Zrób to teraz. ― Pan Egiryk kiwał głową. ― Tak trzeba.

― Ja bym ją zadźgał, powiesił i spalił. Wszystko albo nic. Wóz albo przewóz. Na litość boską, Facet! Pokaż, że masz jaja! ― Pan Ek był wyraźnie poirytowany moim niezdecydowaniem.

― A jak ona zacznie robić mu jakieś dramatyczne sceny? Myślicie, że Facet to wytrzyma? Zastanówcie się trochę! ― tragizował Pan Fobia.

― Kurwa! A on z porcelany jest, czy jak!? ― odezwał się Pan Cernik.

― Tak, trzeba uważać z radykalnymi rozwiązaniami ― stanowczo poparła Fobię Pani Ka.

― Gówno prawda. ― Pan Tałyk był konsekwentny.  Cały czas siedział pochylony
i przypominał… Kłapouchy?

― Tak się nie postępuje z kobietami! ― zapiszczała Pani Usia. ― To zwyczajny męski szowinizm. Pomyślcie o JEJ uczuciach! Nienawidzę was! Nienawidzę!

― Zamknij się! ― żachnął się Pan Ek. ― Ona sobie poradzi, rozumiesz? Walnie się na kozetkę, przeanalizuje, przeżuje i wypluje rozwiązanie. Jak nie od razu to później, jest fachowcem w te klocki. Tu o niego chodzi przecież!

― To nie takie proste ― zauważył  Pan Optikum. ― Fachowiec nie fachowiec, jednak człowiek.

― Ależ to optymalne rozwiązanie! ― zauważył Pan Chreston. ― Zawsze trzeba upraszczać, wtedy wszystko staje się łatwe!

― Jestem pewna, że ona po prostu za mało o nim wie ― przekonywała Pani Uchna. ― Jakby dała sobie szansę, to na pewno, ale to na pewno by… ― Zamarła w pozie wieszcza, a może proroka. Szukała odpowiednich słów? Konkretu?

― Dżyzys!!! ― wzniósł oczy do nieba Pan Ek.

― No właśnie! ― krzyknęła Pani Usia. ― To prawdziwa kobieta, a nie jakaś celebrytka!

― Ja pierdolę ― Pan Ek skrył twarz w dłoniach i pokręcił głową.

― Skoro świat wytrzymał zmierzch tylu bogów, to cóż dopiero kolejnego zwykłego śmiertelnika!? ― Pan Teon stanął przede mną i zasłonił słońce.

― Musisz się uwolnić, Facet ― uśmiechał się Pan Egiryk. ― Gdy tego dokonasz, będziesz mógł… no wiesz.

― No przecież to jest żałosne, ludzie! Nie widzicie tego? ― zawołał Pan Cernik. ― Ileż można się użalać nad sobą! No kurde, no?

― Tak, tak, tak. Trzeba zabić tego babsztyla i po sprawie! ― zawołał na koniec Pan Ewka. Pan Ek walnął  go prosto w nos. Ewka sturlał się ze skarpy i wpadł do rzeki.

Pan Toflarz zachichotał. Reszta milczała.

― To nie jest miejsce ani czas na wygłupy czy kłótnie, to poważna sprawa ― powiedział
do wszystkich spokojnie Pan Egiryk.

Zapadła cisza. Zastanawiałem się.

Gdzieś w oddali usłyszeliśmy parskanie. Po chwili zobaczyliśmy w wodzie głowę Pana Tarei’a. Podpłynął do brzegu i wyszedł z rzeki w tym samym co zwykle obcisłym kostiumie.  Jak on to robi, że zawsze ma przy sobie suchy ręcznik? – pomyślałem wycierając ukradkiem oczy.

Nabrał wody w ręce i chlusnął na mnie.

― No! I ani śladu słabości! ― z aprobatą w głosie rzucił Pan Ek.

― Gupy jestes! ― oburzył się Pan Ewka. Teraz dopiero widać było, że nie ma górnych jedynek.

Pan Tarei przyglądał mi się uważnie przez dłuższą chwilę. Potem wyciągnął rękę.

― Chcesz się przekonać i wejść ze mną do rzeki? ― zapytał spokojnie.

Nie musiałem. Westchnąłem, wstałem i zawołałem psa. Przybiegła radosna. Spojrzała mi w oczy w taki sposób, że przytuliłem ją mocno. Długo i serdecznie, bo zawsze mnie to pociesza. Ubranie nasiąkło wodą. Chyba właśnie odkryłem skuteczną metodą suszenia psa!

Po drodze do domu wysłałem sms’a. Rzeczywiście, ulżyło mi. Gdzieś w oddali usłyszałem potężny plusk.

Pewnie Pan Tarei skoczył na bombę – pomyślałem.

 

Warszawa, 13 czerwca 2013

—————————————————————————————————————

*Cytat z filmu „Casablanka”

**Cytat z książki „Żegnaj laleczko” Raymonda Chandlera

***Cytat z książki „Długie pożegnanie” Raymonda Chandlera