W Tu

 

Ciekawe, czy wszyscy odwiedzający zauważyli, że słońce w Tu jest zawsze spowite. W Tam rzadko, trzeba być bardzo uważnym, żeby to spostrzec. Nie chodzi o chmury, bo te zawsze uczynią słońce bezradnym, raczej o niedomówienie w istnieniu. W Tu świeci inaczej. Grzeje i ciało, i duszę, ale nie dociera na dno serc. Przed Tu jest pełne, a gdy minie się granicę miasta już zamotane.

      Czy to zjawisko utrudnia ludziom życie, nie stwierdzono, nie udowodniono. W Tu rodzi się miłość i jej owoce, umierają ludzie, rośliny, zwierzęta. Naturalna kolej rzeczy jest zachowana. Czasem tylko mieszkańcy zastanawiają się, czy czegoś im brakuje. Pytanie wspólne wszystkim, lecz w Tu brzmi inaczej. Jakby było bardziej wilgotne.

 

      On i Ona. W Tu. On przyjechał do Niej. Ona czekała na Niego. Siedzą przy stole, piją kawę. Jeszcze przed chwilą kochali się, uważając, by się całkiem nie zakochać. Teraz smakują niedosyt i obietnicę.

 

      — Jest w Tu takie miejsce, którego się boję — mówi Ona. — Albo może boję się tam iść sama. Pójdziesz ze mną?

      — Chodźmy.

 

      Idą. Ona i On. W Tu. Ona opowiada mu, co mówią kamienie. On słucha Jej. Grzeją sobie ręce. On lewą, Ona prawą. Staruszka z zakupami widzi Ich na schodach, jadący na hulajnodze chłopiec na kładce, turyści pod restauracją. Stopy nadają słowom rytm. Oczy przyciągają się. Fale znoszące na rzece. Drugi brzeg wypełnia dziurki guzikami. Żółte ślepia w bramie odprowadzają Ich do parku. Bruk ustępuje trawie.

      Czasem tak w życiu bywa, że aby zejść, trzeba się wdrapać. Jedne ścieżki prowadzą na górę, inne w dół. Znaleźli obie. Posłuchali ich. Przedwiosenne błoto chwytało zelówki. Drzewa wyciągały ręce.

      Wdrapują się. On i Ona. W Tu. Schodzą. On pierwszy, Ona za nim. Ich ręce ubezpieczają światy. Żaden nie zachwiał się. Każdy pełny. Łakną ich. Z wzajemnością.

 

      — Piaskowiec — mówi On.

      — Myślisz? — Pyta Ona.

      Bierze do ręki szary kamień. Rozbija o inne. Żółć w środku. Sypkość w środku. Nietrwałość w środku.

      — Kamieniołom. — Zamyśla się On.

 

      Idą. Ona i On. W Tu. Na środek. Stają. Rozglądają się. Wysokie skalne ściany zamknęły ich. On czuje się osaczony. Ona czuje strach.

 

      — Nie ma stąd ucieczki — mówi On. — To pułapka.

      — Tu się coś strasznego stało — mówi Ona.

      — Słupy. — Wskazuje palcem On. — Pozostałość po ogrodzeniu pod napięciem. Pracowali tu więźniowie.

      — Czuję cierpienie, krew. To miejsce jest naznaczone śmiercią — mówi Ona.

      — Mocno to czujesz? — Pyta On.

      — Bardzo — odpowiada Ona. — Chce mi się płakać. Chcę stąd uciec.

      — A ja chcę się z tobą tu kochać — Mówi On.

      — A wiesz dlaczego to czujesz? — Pyta Ona.

      — Nie rozumiem tego — odpowiada On.

      — Bo chcesz oczyścić to miejsce dając życie — mówi Ona.

      — To jest SILNE pragnienie — mówi On.

      — Wiem. Zróbmy to — mówi Ona.

 

      Chodzą. Ona i On. W Tu. Po kamieniołomie. Szukają dobrego miejsca na akt oczyszczenia. Z dala od oczu turystów. Nie znajdują. Niedomówione sobotnie słońce sprowadziło ich zbyt wielu.

      Idą. Ona i On. W Tu. Do domu. Ścieżkami, co prowadzą najpierw w górę, by zaraz zejść w dół. Są im posłuszni. Błoto stężało. Drzewa schowały ręce. Trawa przeszła w bruk. Nie widziała Ich staruszka, nie widział chłopiec, kot. Nie płynęła rzeka, nie wisiała kładka. Restauracja zamknęła okna, milczały kamienie.

      Wchodzą. Ona i On. W Tu. Do jej mieszkania. Zrywają ubrania. Ona z niego. On z niej. Podłoga przyjmuje energię Ich miłości. Wchłania zapach, pot, sok. Płyną godziny, zmieniają miejsca. Kochają się, uważając, by się całkiem nie zakochać.

      Przyduszone woalem niedomówienia słońce umarło. W Tu. Na jakiś czas. Umarł On. Umarła Ona. Śpią. Oni. Są.

 

      Nie wiadomo ilu przyjezdnych dostrzegło rano, że słońce w Tu jest zasnute. Nikt nie prowadzi badań, nie ma statystyk. Rodzi się miłość i jej owoce, umierają ludzie, rośliny, zwierzęta. Naturalna kolej rzeczy trwa. Czas odmierzają fale na rzece, odradzanie się słońca. Staruszka robi zakupy, chłopiec jeździ na hulajnodze, w bramie czai się kot. Nic się nie wydarza. A w każdym razie nic niezwykłego.

 

      On całuje Ją. Ona Jego. W Tu. O poranku. On wsiada do auta. Ona idzie do domu. On jedzie do Tam. Ona zostaje w Tu. Za miastem On patrzy na słońce nie zamotane. Nie czuje go na dnie serca. Ona grzeje ciało i duszę spowitym wilgocią światłem dnia.

 

      Są. Istnieją w niedomówieniu.

 

 

Warszawa, luty 2019 r.