VITRIOL*

Vitriol

 

Bardzo leniwa jest dziś rzeka, niepomarszczona i ledwie słyszalna. „Strzeż się cichego psa i spokojnej wody” – przypomina mi się stare porzekadło. Zamykam oczy, by poczuć jaki nastrój wlewa się w moje ciało i duszę.

Siedzę na pniu suchego drzewa i układam zdania, lecz tym razem nie po to, by podzielić się myślami, ale po to, by je znaleźć. Chciałbym odnaleźć tę część swojej duszy, którą gdzieś odłożyłem lata temu, by podjąć się misji dorosłości. Wtedy nie umiałem dostrzec pozornych sprzeczności. Czy umiem teraz? Dalej świat traktuję zerojedynkowo głosząc potrzebę jego wielobarwności jednocześnie. Ech, duszo ludzka, jakżeś ty podobna do wody** – uśmiecham się.

Kto pragnie, niech przyjdzie! Opodal siada para w podobnym mi wieku. Dalej, po lewej, widzę samotną kobietę, po prawej kolejną parę. Dzieli nas bezpieczny dla rozmyślań dystans. Przychodzą popatrzeć na wodę, porozmyślać, jak ja. „Woda i rozmyślania kojarzą się ze sobą. … Mamy czas siedzieć i rozmyślać, popaść w nastój samobójczy lub osiągnąć filozoficzny spokój” – pisał Swift. Możliwe. Mam wrażenie, a może i pewność, że woda i myśli wzajemnie się wzmacniają, jakby zachodził efekt synergii. Za każdym razem czuję to w swojej duszy.

Woda jest żywa w każdym, nawet najgłębszym sensie. Siadam na piasku i oddaję się w jej szmerowo szemrane władanie. Daję się ponieść jej duchowości. Czuję w niej siłę, co może dać życie lub zabić. Wciąż w ruchu, zmienna, nienasycona, odbijająca, pochłaniająca, wydobywająca, obnażająca, bełkocząca, oczyszczająca, żywa i boska. Dawniej obiekt wierzeń, przedmiot rytuałów, narzędzie kary i sądu, przeszkoda… Dziś dalej żywioł. Dla mnie – ukojenie.

W płytkiej wodzie ryba mała – mawiał mój dziadek. Rybki spokojnie pływają blisko brzegu. Pamiętam, że ilekroć złowiłem rybę, patrzyłem jej w oczy. Każda wydawała mi się demoniczna, tak bardzo odmienna od lądowych zwierząt. Nigdy nie kojarzyła mi się ze zmartwychwstaniem, raczej z infernalną głębią. W ich oczach świat był mroczny. I ryb i mój. Nie całowałem ryb, jak inni wędkarze. Dotykanie ich nie sprawiało mi radości. Tak, czasem myślałem o tym, że od mojej decyzji zależy, czy ryba będzie żyć, czy otoczą ją płomienie.

I jeszcze te dwie ryby we mnie. Skazane na siebie, a ja na nie. Między nimi płycizna niezgody i przewrażliwienia. Każdego dnia, zanurzone w swych sprzecznych dążeniach, miotają się w sieci moich myśli. Mam w nich chwiejność. Codziennie chłoszczą się wzajemnie ogonami po łbach i ciągną mnie na rafy hipobulii. Czasem myślę, że w ich zimnych sercach rozmywa się moja dusza. Rozdziela na dwie przeciwstawne części. Jedna chce wody, druga ognia. Jedna zrywa się do lotu, druga ciągnie w dół. I ta ciągła walka między „nie wyróżniaj się”, a „miej odwagę być inny”. Cokolwiek zrobię, jakąkolwiek decyzję podejmę, i tak dostanę w łeb, niczym podejrzany o czary i poddany próbie „zimnej wody”: gdy utonę, okrzykną mnie niewinnym, jeśli wypłynę, spalą na stosie.

Słońce właśnie dotknęło wody. Zanurza się w rzece bezsycznie. Jest dostojne, krwiste, dojrzałe. Schodzi do podziemi, umiera i milczy. Może, jak dawniej wierzono, będzie ciągnione przez mityczne węże podziemną rzeką na wschód, gdzie się odrodzi? A na wschodzie i na drugim końcu rzeki, na czerniejące połacie wpływa księżyc w pełni.

Powietrze nabrało metalicznego odcienia. Drugi brzeg zniewyraźniał i zaczął drżeć w chłodzie wieczoru. Patrzę na jego linię i uświadamiam sobie, że zawsze siadam po tej stronie. Że nigdy nie poszedłem tam. Że może czas na zmianę perspektywy patrzenia. Dziś woda nie jest przeszkodą, most w zasięgu, więc pójdę i posiedzę sobie na drugim brzegu. Choćby tylko po to, by popatrzeć na moje obecne miejsce. Może tam znajdę tę odłożoną część duszy? A może będzie to Limbus Księżyca i odnajdę wszystkie swoje czcze obietnice, niewysłuchane modlitwy, stracony czas, płonne nadzieje i całe swoje zmarnotrawienie i roztrwonienie? Dałoby się coś stamtąd wziąć i naprawić?

Wziąłem w dłonie odrobinę wody i polałem sobie głowę.

 

 

————————

* Tu w znaczeniu: „Z inicjałów tych utworzono wyraz inicjacyjny, vitriol, wyrażający prawo procesu transmutacji lub symbolizujący powrót istoty ludzkiej do jej najintymniejszego jądra, zejścia w głąb siebie w poszukiwaniu samego siebie, na dno własnej duszy, poszukiwanie jej najtajniejszej treści, aby znaleźć niepodzielne centrum, na którym zbudować by można inną osobowość, nowego człowieka.” W. Kopaliński, Słownik symboli, Wiedza Powszechna, Warszawa 1990.

** Parafraza wiersza Goethego Gesang der Geister uber den Wassen