Uważaj, czego sobie życzysz

cc

 

— Rety! Do świąt jeszcze dwa tygodnie a już choinki sprzedają? — jęknąłem, przechodząc obok ogrodzonego placu pełnego drzewek w kokonach.

— Oj, bo ty ciągle o chlebie powszednim myślisz, a tu zaraz święta przecież — szepnął czule Pan Egiryk. — Może jednak kupisz choinkę w tym roku?

Które to już święta bez choinki? Trzecie? Tyle razy przez lata myślałem o tym, żeby choć raz święta były bez choinki. I proszę, marzenia się spełniają!

— Oj, przestań — odezwał się Pan Ek. — Żałosny jesteś. Chciałeś przecież spełniać swe młodzieńcze marzenia? Tak? No to do dzieła! Niech świat padnie ci do stóp!

— Ale ty gupy jesteś — żachnął się Pan Ewka, poprawiając palcem koronkę.

— Ja się boję marzyć. Wolę stąpać mocno po ziemi — wtrąciła Pani Ka.

— Masz rację, kochanie. Nigdy nie wiadomo, co z tego wyniknie. Lepiej być ostrożnym. — Pan Fobia ucałował żonę w czoło i objął czule ramieniem.

— Kupa czasu jeszcze przed tobą! — zakrzyknął Pan Demonium. — Do odważnych świat należy! Człowiek bez marzeń jest jak balon bez powietrza!

— No przecież on jest marzycielem. — Madmu Łazel miała minę, jakby wypiła kwas chlebowy zamiast kawy.

— Pierdołą raczej — nie dawał za wygraną Pan Ek.

— Oj, przestań! Fajny jest! — Pan Ewka nie ustępował.

— Boże!— wzniósł oczy Pan Ek.

— Tak? — odezwał się bóg.

— Widzisz i nie grzmisz? — Pan Ek wzniósł i ręce.

— A co ja mogę? — wzruszył ramionami bóg.

— Dawniej świat był bardziej uporządkowany — westchnął Achilles. — Bogowie sprzyjali lub nie, a życie toczyło się dalej. No i ludzie nie szukali wytłumaczenia dla swoich słabości.

— To wszystko przez demokrację — pokiwał głową w zadumie Pan Logizm.

— Raczej przez psychologów. Mówię wam — powiedział smutny Pan Talon.

— Och tak. Za dużo myśli, za dużo książek! — zakrzyknął uradowany  Seneka, że może wreszcie coś swojego wtrącić, ale  zamilkł porażony miną Madmu Łazel.

— Dzięki psychologom wiemy jacy jesteśmy i czego chcemy — powiedziała Pani Usia.

— A ty czego chcesz, złociutka? — zapytał słodko Pan Demonium. — Tak najbardziej?

Powiedzieć, że Pani Usia płonęła, to za dużo powiedzieć. Ale stwierdzić, że rumieniec trawił jej oblicze, to więcej niż zbliżyć się do prawdy absolutnej. Przez oczy wylewały się pragnienia jej duszy i ciała.

— Matko! — jęknęła Madmu Łazel.

— Zabierz mnie stąd, kochany. — Pani Ka patrzyła przerażona na Panią Usię.

— Ona tylko marzy, kochanie — uspokajał żonę Pan Fobia. — Nigdy tego nie zrobi.

— Nie wiadomo, nie wiadomo — odezwał się Pan Tarei, otrzepując ręcznik z piasku.

Nagle uświadomiłem sobie, jak bardzo doskwiera mi ból gardła. Gdy wracałem do domu, poczułem wewnętrzny chłód, zwiastun grypy. W domu opuściły mnie siły. Resztką energii zrobiłem sobie herbatę z sokiem malinowym i położyłem się. Uszy też zakryłem. Trząsłem się. Czułem się okropnie.

— Cholera — myślałem. — nawet aspiryny nie mam, a co dopiero witaminy D.

Pies przyjrzał mi się uważnie. Przekrzywił łeb kilka razy, słysząc moje sapanie i pojękiwania. Smętnie opuścił uszy i położył się przy łóżku.

— Ach, żeby tak ktoś mi bliski teraz zadzwonił! — pomyślałem.

— Ty zadzwoń. — Pan Egiryk położył mi rękę na czole.

— Za dumny jest — chlapnęła sarkazmem Pani Uchna.

— Nie, nie za dumny, chce czuć, że jest kochany, ważny — kiwał głową Pan Logizm.

— Psycholog się znalazł  — wydęła usta Pani Uchna.

— Bądź dzielny. Dasz radę! — Poklepał mnie po klacie Pan Ek.

— Nie łam się. Nie poddawaj. Walcz! — Roland* schował róg do torby.

Leżałem. Ciężko mi było oddychać. Nos całkowicie zatkany. Gardło bolało jeszcze bardziej. To trzęsło mną z zimna, to znów gorąco uderzało. Pies zaglądał mi czasami w oczy, upominając się o spacer. Herbaty wypiłem duży kubek a pragnienie nie ustąpiło. Koszmar.  Jutro przecież mam nagranie!  – przypomniałem sobie.

— A tak marzył o nagrywaniu — pokręciła głową Madmu Łazel.

— Pójdę z tobą i będę ci nosek wycierała — zadeklarowała się Charivari.

— No przecież chciałeś wreszcie trochę spokoju, nie?  — dziwił się Pan Talon.

— I chciałeś być wolny, czyż nie? — uniosła brwi Pani Uchna.

Pan Demonium  rozsiadł się wygodnie w fotelu. Przyglądał mi się z uwagą i troską przez chwil kilka. Potem wyjął kajecik, długopis i zapisał na górze kartki dzisiejszą datę. Położył spokojnie kajecik na kolanie, spojrzał znów na mnie, uśmiechnął się i zapytał:

— Więc mówisz, że jak chciałbyś umrzeć?

 

Warszawa, grudzień 2013

 


*Nawiązanie do średniowiecznego francuskiego eposu rycerskiego „Pieśń o Rolandzie”.