Szpilka

 

1

Przytulność kawiarni rozleniwiła go. Dobre espresso ogrzewało duszę, przez szybę słońce przyjemnie łechtało skórę. Patrząc na zatłoczoną ulicę w centrum Lublina, uświadomił sobie, jak bardzo nie chce wracać do domu. Wyjął smartfona, w Google Maps obejrzał okolicę. Wioska Okuninka! Ile to lat? Dwadzieścia? Trzydzieści? Więcej? Powiedzmy… o wyraźne zakola, dwa małżeństwa i kilka kochanek więcej. Jechać? A czemu nie? Majowy weekend zapowiada się ciepło, kontrakty podpisane, żonka nie zając – nie ucieknie, sponsorowana studentka wyjechała, nie ma po co spieszyć się do Warszawy, a stąd to rzut kamieniem. Wstąpi do Włodawy, by coś zjeść, powspominać, rozejrzeć się za noclegiem, a potem pojedzie nad jezioro zanurzyć się we wspomnieniach. Sprawdził trasę, hotele i ruszył na wschód.

      Zapamiętał te wakacje jako burzliwe, spędzał je z rodzicami i dziewczyną, Martą. Mieli po siedemnaście lat i byli zakochani; przysięgli sobie nawet wierność po grobową deskę. Dzieciaki – uśmiechnął się na to wspomnienie, pokiwał głową z politowaniem. Ich rodzice wykazali się tolerancją i pozwolili mieszkać razem w pokoju. Czy to kwestia tolerancji, to nie był do końca pewny; zdawało mu się, że raczej unikali konfliktów ze zbuntowanymi nastolatkami, źle znosili ich muzykę i w ogóle sprawiali wrażenie znudzonych misją rodzicielską. Ojciec kupił kondomy w Pewexie (tak dla pewności, żeby nie paść ofiarą afery szpilkowej). Mówił, że jest już po aferze, bo skazali jakieś kobiety za dziurawienie gumek w kioskach, ale strzeżonego… Stary podzielił prezerwatywy stosownie do zapału i możliwości: dwie trzecie dla młodych, reszta dla staruszków.

      Przypomniał sobie ostry zapach Erosów. Chłopaki kupowali je w kioskach i ćwiczyli szybkie zakładanie, by jak najlepiej wypaść w oczach dziewczyn; on nie. Cuchnąca substancja, którą były nasączone, miała ułatwić stosunek, ale niemal całkowicie uniemożliwiała sprawne nałożenie prezerwatywy w pośpiechu, czyli właśnie wtedy, gdy bardzo się już chciało wskoczyć na dziewczynę, a ręce się trzęsły z podniecenia i paraliżował strach, że jeśli nie uda się zrobić tego płynnie, to wyjdzie się na totalnego nieudacznika, dziewczyna wyśmieje, zostawi, pójdzie do innego. A cóż mogło być gorszego dla nastoletniego chłopaka, niż wyjść na niedojdę przed obiektem westchnień męskiej połowy szkoły? To mógł być powód nawet do samobójstwa! Możecie wierzyć lub nie, śmiać się, machać ręką, ale tak było.

      Zastanowiło go, że nie pamięta, o co się pokłócił z Martą. Jechał spokojnie przez tereny Poleskiego Parku Narodowego i próbował sobie przypomnieć powód awantury i rozstania. Czyżby wyparł z pamięci? Możliwe, przecież wówczas zawalił mu się cały świat.

     Co wtedy wiedzieli o miłości? Niewiele. Młodość to pora urodzaju na zakazane owoce, cielesność zachłannie włada umysłami. Chłopcy mierzyli miłość ilością wytrysków, dziewczyny pojawieniem się orgazmu. Pewnie tak jest i dziś, sądząc po nagłośnionych przez media zabawach gimnazjalistów w słoneczko czy pociąg. Chociaż nie, wtedy nie było zbiorowych zabaw seksualnych, a przynajmniej o tym nie słyszał. Wtedy zapraszało się dziewczynę do domu pod nieobecność starych. Nawet na balandze (tak nazywano wtedy imprezy w domu) młodzi zamykali się w pokoju lub łazience tylko we dwoje. Taaaak… Ale o co się pokłócili? Widać mocno pragnął zapomnieć, skoro się udało.

      Włodawa pod koniec lat siedemdziesiątych była straszną dziurą, prowincją ziało z każdego zaułka. Jedyna restauracja, w której czasem jadali obiady, kojarzyła mu się z mieszaniną wiejskiego disco i speluny; najczęściej zamawiano lornetę z galaretą. Teraz miasto jest trochę czystsze, jakby jaśniejsze, choć stare kamieniczki w głównej alei wciąż błagają o renowację. Nowe domy nie powalają nowoczesną architekturą, ale i nie straszą, jak klocki z lat sześćdziesiątych, kiedy wprowadzono zakaz budowy dachów spadzistych. Ileż to domów się zawaliło pod śniegiem w zimie stulecia! Jego ojciec pracował w Ministerstwie Budownictwa i mówił o zatajeniu przed opinią publiczną informacji o setkach ofiar. Władza ludowa wiedziała lepiej, to miała być zmiana na lepsze i basta. Coś jak teraz – uśmiechnął się gorzko.

      W miasteczku nie odnalazł tamtej restauracji, być może dlatego, że wtedy jeździli wyłącznie samochodem i nie zapamiętał dobrze ani miejsca, ani drogi. A może ją zburzyli i na tym miejscu stoi coś innego? Co za różnica. Wybrał nowoczesną restaurację i zamówił schabowego – najbezpieczniejsze danie; nigdy nie słyszał, by ktoś się zatruł schabowym. Właśnie – bezpieczeństwo. Zimny pot wystąpił na plecach, gdy uświadomił sobie, że gdzieś, tu, w pobliżu, jest budynek dawnej Służby Bezpieczeństwa, gdzie, jak wtedy opowiadali mieszkańcy, urywał się ślad po ludziach. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawił się obraz mężczyzny o twarzy bez wyrazu, z papierosem w zębach, stojącego przy wejściu do budynku.

 

2

Nad jezioro dotarł późnym popołudniem. Zatrzymał auto na parkingu hotelu Rusałka, w którym telefonicznie zamówił pokój, minął gapiącą się na niego otyłą kobietę w opiętej sukience, przedarł się przez gromadkę rozbrykanych dzieciaków i poszedł na plażę. Wiszące nisko nad zachodnim brzegiem słońce ciepło oślepiało. Zastygłe w woni piachu, drzew, szuwarów i wody powietrze namawiało do relaksu. Kilka par w milczeniu topiło wzrok w spokojnej wodzie, inni moczyli nogi. Usiadł na piasku, zastanawiając się, co było dawniej wokół hotelu. Zdziwił się, jak mało pamięta. Cóż, miał naście lat i zupełnie co innego było mu w głowie.

      Kątem oka dostrzegł podchodzącą kobietę, tę samą, która wlepiła w niego wzrok na parkingu. Stanęła przed nim. Jej twarz wynurzyła się z największego zapadliska pamięci i w ułamku sekundy przypomniał sobie powód zerwania z Martą: jego dziewczyna puściła się z wiejskim chłopakiem: wielkim, półnagim, spoconym, śmierdzącym smarem i obornikiem dzikusem. Później lawą wylały się wspomnienia: spotkania z Boguśką, nieokiełznany seks, nigdy niespełnione obietnice. Czuł rosnący w piersi kamień – zbudzone jej widokiem sumienie ciążyło.

      ― Cześć Jacku ― powiedziała chłodno Boguśka.

     Niezręczność tej sytuacji wytrąciła go z równowagi. Nie wiedział, jak się zachować, co powiedzieć. Tysiące myśli rozsadzało mu czaszkę. Wziął głęboki wdech, przytrzymał chwilę powietrze, powoli wypuścił – odczuł ulgę, mięśnie karku i pleców rozluźniły się. Przyjrzał się jej uważniej. Postarzała się bardziej, niż mógłby sobie to wyobrazić. Bogusi, jaką pamiętał z wakacji, nie umiałby postawić w szeregu kobiet pięknych, ale pociągały go jej ostre rysy i wiotkość, w ruchach bioder spójność i lekkość, silne dłonie, małe piersi, bose stopy. Na chłopca z miasta powab młodziutkiej chłopki działał piorunująco, wzbudzał pożądanie. Teraz miała figurę kobiety przyzwyczajonej do dźwigania ciężkiego losu, szerokie dłonie z grubymi palcami z pewnością spełniły niejedną powinność. Z jej postawy emanowała odpowiedzialność i poczuł się nieswojo – całe życie uciekał przed dojrzałością. Rozwaga kojarzyła mu się z wiekiem podeszłym, więc wmawiał sobie, że póty będzie młody, póki będzie mógł sobie pozwalać na nieroztropność. Oczywiście miał na myśli sprawy inne niż biznes, bo w interesach wykazywał się wyjątkowym rozsądkiem i przewidywalnością. Może dlatego, że zarobione pieniądze pozwalały mu podtrzymać wypracowaną iluzję?

      Szukał sposobu, by się odciąć od wprawiających w zakłopotanie wyrzutów sumienia. Zaczął patrzeć na nią z lekceważeniem. Odrzucił pryzmat przeszłości i… podziałało. Stał przed nim gruby, niezgrabny babsztyl w prowincjonalnej sukience, koszmarnych sandałkach, z poobgryzanymi paznokciami. Ulżyło mu. Nabrał dystansu, rozluźnił się.

      ― Cześć ― powiedział w końcu.

      Przyglądali się sobie badawczo, wyczekująco. Widział, że Boguśka jest spięta, że nie wie, jak rozpocząć rozmowę. Usiadła obok.

      ― Jezioro nic się nie zmieniło ― wypalił. Uśmiechnęła się. ― My tylko troszkę. ― Wiedział, że palnął gafę, ale nie przejął się tym.

      ― Za to okolica bardzo.

      ― Właśnie. A co się stało z drzewami wzdłuż drogi?

      ― Huragan.

      ― Szkoda. Piękne były, a teraz tak łyso.

     Poczuł się bezpiecznie, napięcie ustąpiło miejsca swobodzie. Poradził sobie z sumieniem, zrzucając jego ciężar na karb przeszłości. Właściwie przyjechał tu, by posiedzieć w samotności, odpocząć, ale że takie spotkania nie zdarzają się często, pomyślał, iż spędzi ten wieczór w towarzystwie Boguśki. Bariera strachu i niepewności pękła, czuł się znów pewny siebie – da radę, a może będzie nawet zabawnie?

     ― Czy mogę zaprosić cię na kawę? Herbatę? Wino? ― zapytał.

     Widać było, że się waha. Na twarzy pojawiły się sprzeczne uczucia. Głupia wiejska baba – pomyślał.

     ― Dobrze, ale nie tu. ― Skinieniem głowy wskazała hotel.  ― Pracuję w tym hotelu, więc wolałabym gdzie indziej.

     ― Jasne, rozumiem. Pojedziemy do miasta?

     ― Nie, chcę posiedzieć nad jeziorem. Chodźmy do Sanvitu.

     ― Samochodem?

     ― To blisko, mam ochotę się przejść.

 

3

Spacer brzegiem jeziora wzmógł jego ciekawość. Zdziwił się, że ma na ochotę posłuchać jej historii; do tej pory nie interesował się życiem swoich byłych. Pomyślał, że na stare lata mięknie, ale nie poczuł się z tym źle.

     W restauracji usiedli przy oknie z widokiem na wodę, zamówili kawę, ciastka, po lampce czerwonego wina. Od czego zacząć rozmowę? Nie mógł się zdecydować.

     ― Jak ułożyło ci się życie? ― Uprzedziła go Boguśka.

     Zastanowił się przez chwilę nad odpowiedzią. W pierwszej chwili zapragnął tak odmalować wydarzenia, żeby jej zaimponować, lecz zaniechał tego, bo i komu tu imponować.

     ― Poszedłem na studia, popracowałem w różnych miejscach, ożeniłem się, założyłem własną firmę, rozwiodłem się, by znowu się ożenić, mam dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa i jedno z drugiego, mieszkam w Warszawie.

     Boguśka pokiwała głową.

     ― Wspominałeś mnie czasem? – zapytała.

     ― Nie. Po powrocie do Warszawy matura i i studia pochłonęły mnie całkowicie. Potem…

     ― Rozumiem ― Przerwała mu.

     Widok jeziora i obecność tej kobiety odświeżyły mu pamięć. Przypomniał sobie ich spacery, szalony seks gdzie popadnie, rozmowy, tajemnice. Zastanowił się, czy świrował na punkcie Bogusi dlatego, że szukał pocieszenia po zdradzie Marty, czy dlatego, że jej pragnął? Dziś ciało Bogusi nie kusiło go, nie wywoływało dawnych reakcji; zdradzało mozolnie odmierzany czas. Sprawiała wrażenie mocarnej, zdolnej przejść przez każdą próbę. Czy czuje awersję? Nie, bardziej współczucie, litość. Przekrzywił głowę, zadając sobie w myślach pytanie: czy chciałby się z nią znowu kochać? Zaciekawiło go, czy pytanie to wzięło się z pragnienia powrotu do lat szczenięcych, do tamtych przeżyć, czy z innego powodu? Może zapragnął wrócić do przeszłości, ożywić ją, znów mieć siedemnaście lat? Może właśnie po to tu przyjechał, tylko sobie tego nie uświadamiał? Czy dziś potrafiłby odpowiedzieć sobie na pytanie: dlaczego miał romans z wiejską dziewczyną? Ojciec zabronił mu spotykania się z Bogusią, jej rodzice tak samo – musieli ukrywać się, spotykać potajemnie. Czy wtedy to była fascynacja zakazanym owocem?

     Doznał sprzecznych uczuć; z jednej strony może i miałby ochotę z nią na seks, a z drugiej pojawił się niesmak – zna swoje przewrażliwienie na defekty starzejącego się kobiecego ciała. Ta dyskomfortowa nadwrażliwość pcha go w ramiona coraz to młodszych kobiet; to był główny powód decyzji o sponsorowaniu studentki. Więc… co by poczuł? Westchnął ma myśl, że gdyby teraz poszedł do łóżka z Boguśką, nie cofnąłby czasu, prędzej zniszczyłby wspomnienie tamtych przeżyć. Dziś widzi ją, jako jedną z wielu wiejskich bab, które mija się, jadąc samochodem z miasta do miasta.

     ― A ty? ― zapytał.

      Zamyślona patrzyła na jezioro. Jej twarz stała się surowa. Jacek domyślił się, że łatwo jej nie było.

     ― Nie narzekam ― powiedziała bez przekonania. ― Wyszłam za mąż, mam syna, dwoje wnucząt. Mieszkam w domu po mężu, mam pracę. Czegóż można chcieć więcej?

     ― Mąż umarł?

     ― Tak, dawno temu.

     ― Przykro mi.

     ― Niepotrzebnie, dobrze się stało.

     ― Nie był dobry dla ciebie?

     ― Nieważne.

     Ukrywała prawdę, miał pewność. Zgorzknienie wykrzywiło jej usta, zmarszczki wokół oczu pogłębiły się. Poczuł postawioną granicę i ani myślał jej przekraczać. Szukał jakichś słów, żeby ocieplić atmosferę, pocieszyć, zrobić cokolwiek, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Milczał, czekał.

     ― Masz wnuki? ― zapytała niepodziewanie.

    ― Nic mi o tym nie wiadomo. ― Zaśmiał się. Chciał, by zabrzmiało to dowcipnie, ale nie rozbawił jej. ― Napijesz się jeszcze czegoś? Może głodna jesteś? ― Zapytał.

     Spojrzała na niego oschle, przeszedł go dreszcz. Pokręciła głową.

     ― Nie. Chodźmy stąd. ― powiedziała i szybko wstała.

 

4

Szła brzegiem w kierunku lasu, odciągając ich od zabudowań i ludzi. Widać było, że zmierza do miejsca, które zna. Ptaki nabierały więcej śmiałości, woda zdawała się spokojniejsza, roślinność gęstsza. Zdjęła buty, brnęła po kostki w wodzie. Podciągnięta sukienka obnażyła mocne łydki. Mocarna – powiedział sobie w myślach i uśmiechnął się – traktował ją szalenie protekcjonalnie. W zamyśleniu rozgarniała stopami wodę, milczała. On również zdjął buty. Szli kilka minut. Poczuł zniecierpliwienie. Zastanawiał się, czy dobrze zrobił godząc się na rozmowę? Przecież nic ich nie łączy. Przeszłość? Nie czuł tego. Może dlatego, że zbyt zamierzchła. Rosło w nim zniechęcenie do tej sytuacji, zaczęła drażnić go obecność Boguśki. Stwierdził, że co mieli sobie do powiedzenia, powiedzieli, są z zupełnie innych światów, nie znajdą wspólnych tematów, więc po co się męczyć? Przecież przyjechał odpocząć.

     Już miał powiedzieć, że chce wracać do hotelu, gdy nagle odwróciła się i spoliczkowała go. Nie zdążył się zasłonić, uchylić.

     ― Ty skurwysynu! Ty chamie pierdolony!  ― Warczała, jak wściekły pies. ― Jak mogłeś mnie zostawić?! ―  Krzyknęła i znów się zamachnęła – zdążył wykonać unik.

     Wpadła w furię. Zacisnęła pięści i okładała go po głowie, piersiach, ramionach; tłukła na oślep, mocno, boleśnie. Nie spodziewał się, że jest aż tak szybka i silna. Chwycił jej ręce w nadgarstkach, chciał przytrzymać, uspokoić ją, lecz nie dawała się obezwładnić. Szarpali się niczym zapaśnicy. Zaparła się mocniej nogami i pchnęła, stracił równowagę. Upadając na plecy, pociągnął ją za sobą. Leżąc w płytkiej wodzie, siłowali się dalej, przetaczali. Jacek wrzeszczał, by się uspokoiła, Boguśka wyzywała go i starała się zadać cios. W końcu odepchnął ją zdecydowanym ruchem, odturlał się i wstał, gotowy do odparcia kolejnego ataku. Leżała w płytkiej wodzie, zawodząc, tłukła się pięściami po głowie. Potem podciągnęła nogi pod tułów, głowę schowała między kolana. Jej ciałem wstrząsały spazmy, włosy unosiły się na wodzie, dłonie ściskały mokry piach.

     Podszedł ostrożnie. Zachowując bezpieczną odległość i możliwość ucieczki, położył dłoń na jej ramieniu. Usiadła na piętach. Spojrzała na niego, na twarzy utrzymywał się grymas nienawiści.

     ― Jak mogłeś zostawić mnie z dzieckiem i odjechać? ―  mówiła z zaciśniętymi zębami. Gdyby spojrzenie mogło rozszarpywać, niewiele z niego by zostało.

     Jacek wyprostował się i znieruchomiał, gdy dotarło do niego znaczenie jej słów.

     ― Czy ty wiesz, skurwielu, jaki los czeka na wsi kobietę w ciąży bez ślubu? ― Zazgrzytała zębami.  ― Czy ty wiesz, chuju jeden, jakie jest życie bękarta na wsi? Co!?

     Wstała, zrobiła krok w jego stronę, odskoczył. Na jej wykrzywionych ustach obrzydzenie aż skwierczało. Oddychała szybko, ciężko. Odwróciła się, usiadła, łokcie oparła o kolana, złapała się za głowę. Jej ciało jakby ugięło się pod niewidocznym ciężarem.

     ― Miałam do wyboru: albo na zawsze odejdę z domu, albo poślubię dziada z innej wsi. Wybrałam starego, ale i tak wszyscy odwrócili się ode mnie, nie chcieli mnie znać. A to sadysta był! Pojeb! Zboczeniec! ― Udręka odżyła w jej ciele. ― Wiesz, jak się traktuje zwierzęta na wsi? Karmi się, dopóki są użyteczne. Ja byłam takim zwierzęciem. Dopóki mógł mnie rżnąć, byłam w domu. Gdy mój brzuch zaczął mu przeszkadzać, wyrzucił mnie do stodoły. Potem brzydził się dziecka i nie wpuszczał go do domu. Traktował mnie jak sukę. Najpierw gwałcił, a potem wykopywał w pole. Do roboty – wrzeszczał – masz zarobić na siebie i najducha! Jeździł po mnie dzień w dzień. Bił, gwałcił, opluwał, kopał… Gotowałam, prałam, sprzątałam, dawałam mu i won do stodoły! Nikt mi nie chciał pomóc, byłam jak zaraza.

     ― Jezu! ― Jęknął Jacek.

     ― Gdy sam już nie mógł, innym mnie oddawał… za pieniądze

     ― Co ty mó….

     ― Albo to, albo nic do jedzenia bękartowi nie da… ― Podniosła głowę.

     ― Jezu…

     ― Nie wytrzymałam. Otrułam dziada. Stary był, to nikt nie pytał. Wreszcie mogliśmy zacząć żyć jak… jak ludzie.

     ― Jezu… ― wybąkał.

     ― Co Jezu? Co Jezu?! ― wrzasnęła. ― Gdzie tu Jezu, gdy takie życie?! ― Znów spojrzenie pełne bólu i jadu. ― A ty, gdzie byłeś, co? Obiecałeś wrócić po mnie! Wierzyłam ci, czekałam, a ty co? Zaliczyłeś wiejską dziewuchę i w nogi, tak? ― Zwiesiła głowę. ― Pisałam do ciebie, błagałam…

     ― Ale… Ja…

     ― Obiecałam sobie, że jak cię spotkam, to ci jaja urwę… flaki wypruję…

     Jacek cofnął się jeszcze dalej. Kręcił głową z niedowierzaniem. Wstrząśnięty usiadł na trawie, dłońmi objął głowę. Dotarły do niego jej niewyobrażalne męczarnie. Był przerażony, nie dopuszczał do siebie, że to przez niego, wypierał tę myśl z całych sił.

     To niemożliwe – myślał. – Miał prezerwatywy, z Pewexu, pewne…

     ― I co teraz, księciuniu?  ― Boguśka podniosła się, stanęła nad nim. ― No? ― Walnęła go pięścią w głowę, kopnęła w nogi. Nie bronił się. ― Pieprzony panicz. ― Patrzyła na niego ze wstrętem.

      Usiadła. Oczyściła nos, wydmuchując go na piasek. Otarła łzy, rozmazując makijaż. Objęła ramionami kolana, kiwała się w przód i w tył. W milczeniu patrzyła na wodę. Chciał przysunąć się, przytulić ją, przeprosić, ale nie znalazł w sobie dość odwagi. Zawsze w ciężkich chwilach mówił, że tak bywa, takie życie, nic na to się nie poradzi, to niezależne od człowieka, lecz teraz te słowa zdawały mu się zupełnie nie na miejscu. To nie żaden ślepy los – to on. On podarował jej takie życie. Ale jakim cudem?…

     To nie moja wina – powtarzał w myślach, jak mantrę. – To nie ja. Nie ja!

     ― Spierdalaj ― powiedziała cicho.

 

5

     Skołowany szedł w kierunku hotelu. Po drodze minął dwoje dzieci, biegnących w przeciwną stronę. Za nimi szedł wysoki mężczyzna. Zdębiał, gdy dostrzegł w jego rysach swoje.

     Jezu! I co teraz? – pomyślał. – Mam mu powiedzieć: cześć synu? Podać rękę?

     Mężczyzna przeszedł obojętnie.

     ― Baaaaaabciuuuu! ― zawołał chłopiec.

     Jacek powiódł wzrokiem za dziećmi. Chłopiec podskakiwał radośnie, dziewczynka zbierała muszelki i kamyczki.

     ― Moje wnuki ― szepnął. ― Mój syn… Jezu!

     Zdecydowanym ruchem odwrócił się na pięcie. Wziął głęboki oddech, potem drugi. Poczekał, aż ciało się rozluźni i ruszył do hotelu. Wsiadł do samochodu.

     Uciekaj – mówił sobie w myślach. – Uciekaj stąd. Jak najdalej. Jak najprędzej… I nigdy nie wracaj…

 

Warszawa, luty 2017