Stygnąca kawa

Stygnąca kawa

 

Kawa w tej kawiarni ma gorzki smak. Wsypuję dodatkowy cukier, ale nie pomaga. Po biznesowym spotkaniu mam ochotę się wyciszyć. Nie spieszy mi się. Czytam „Pana Ibrahima…” i uśmiecham się. Piękna opowieść. Co za język. Brawa dla tłumacza. Siedzę, czytam i czekam. Nie wiem na co. Może na lepszą pogodę? Leje wściekle. Lubię deszcz jesienny. Oczywiście wolę na niego patrzeć zza szyby. Więc spoglądam na niego między wierszami. Z głośników dochodzi klasyczny jazz. Cichutki, spokojny. Nie kłóci się z deszczem.

Do stolika obok podchodzi para. Siadają ciężko. W milczeniu patrzą sobie w oczy. Ona zmieszana. Jego twarzy nie widzę. Zamówili kawę. Co się stanie, jeśli będzie miała też taki posmak? – pomyślałem. Odłożyłem książkę i zapatrzyłem się w deszcz.

— Co jest w twoim sercu? — słyszę łagodny głęboki głos mężczyzny. Kątem oka patrzę na kobietę. Spuściła oczy. Kręci głową. Wyraźnie widać, że ma kłopot z odpowiedzią. Mężczyzna czeka. Po kilku minutach prostuje się, bierze głęboki wdech.

— Mogę ci pomóc podjąć decyzję? — pyta mężczyzna. — Pokochałem cię. Choć może nie dość wyraźnie ci to okazałem, pokochałem. Nie jest to pewnie taka miłość, jakiej potrzebujesz, jakiej pragniesz. To moja miłość. Może za bardzo moja. Może za bardzo dojrzała, albo wyjątkowo niedojrzała, ale to moja miłość do ciebie. Tak cię kocham. — Kobieta ma mokre oczy. Walczy ze łzami. — Weź ją. Nie jako ciężar. Weź ją jako energię i idź. Niech ci pomaga znaleźć szczęście, jakiego potrzebujesz. Kiedy będzie ci źle, sięgnij po nią, ogrzej się. Obetrzyj nią łzy. — Kobieta patrzy na niego. Łzy kapią do stygnącej kawy. — Weź ją i znajdź swoją miłość. Miłość mężczyzny, której potrzebujesz. Tak cię kocham.

Oczy kobiety spłynęły. Opuściła głowę. Co jakiś czas kręciła nią.

— Ja jestem dużo starszy od ciebie. Nim cię poznałem zatoczyłem w życiu koło. Moje dzieci są już dorosłe. Ty dopiero wchodzisz w życie. Jesteś młoda, piękna, chcesz żyć namiętnie, pełną piersią. I masz rację. Żyj tak. — Dotknął wierzchu jej dłoni. — Weź i idź.

Kobieta wybiega z kawiarni. Mężczyzna kładzie głowę na stole. Oddycha ciężko. Po dłuższej chwili odwraca się do okna i patrzy na ulicę przez schnące szyby. Czuje moje oczy. Próbuje się uśmiechnąć.

— Dobrze zrobiłem — mówi cicho, raczej do siebie. — Prawda? — to już wyraźnie do mnie.

— Jeśli nie umiała panu powiedzieć, że chce odejść, to pomógł jej pan. Ale jeśli nie umiała panu powiedzieć, że kocha pana, ale jest jej z czymś trudno, to co pan jej zrobił?

Kawa jest wyjątkowo paskudna w tym miejscu. Zwłaszcza zimna. Więcej tu nie przyjdę.