Spotkanie z H.

H

 

Spotkanie z H

 

Rok temu, na wiosnę jakoś, cudnie pachniała ziemia po deszczu! Ta woń świdrowała moje zmysły, rozstrajała i nastrajała. Spacerowałem z psem wzdłuż brzegu rzeki. Przedzierałem się przez zarośnięte pokrzywą przestrzenie, szukałem starych ścieżek, przeskakiwałem słabe drzewa i nie mogłem się nasycić wiosną. Gdy tak się upajałem i unosiłem w zmysłach, poczułem zapach papierosa, ale był to inny papieros, jakby trochę sprzed lat, wielu lat.

Zatrzymałem się, obejrzałem za siebie. Stał spokojnie w prochowcu, kapeluszu, z niedbale wetkniętym papierosem w ustach. Kapelusz lekko przekrzywiony zacieniał część twarzy. Nie uśmiechał się. Patrzył mi w oczy.

― Znam to uczucie, stary, znam dobrze. ― Jego głos, męski i aksamitny zarazem. Ileż to kobiet oszalało na punkcie tego faceta? Setki, tysiące, miliony? ― Najlepiej smakuje po udanej nocy, nie?

Zamurowało mnie.

― Skąd wiesz o… no… ― zacząłem się plątać. Na twarzy poczułem ciepło nie pochodzące od słońca.

― Tkwię w twojej głowie od lat, więc wiem więcej niż myślisz ― uśmiechnął się.

Spojrzał na rzekę. Miał w oczach jakąś nie do wymówienia tęsknotę.

― Nadal szukasz miłości, co? ― odezwał się.

Odwróciłem wzrok. Patrzyłem na wodę w milczeniu. Pstryknął palcami i niedopałek pofrunął daleko, by zniknąć w wodzie. Nie usłyszałem syku.

― Wyluzuj  ― powiedział spokojnie. ― Ja też długo szukałem. ― Poprawił sobie kapelusz. ― Też miałem kobiety, kochanki, które szanowałem, wielbiłem, kochałem, ale to nie były jednak te, które rozumiałyby mężczyznę, jego potrzebę niezależności i dałyby oparcie pod koniec. Nie byłem z nimi szczęśliwy, więc szukałem dalej.

― Dużo? ― Zapytałem i poczułem wstyd, że przeszło mi to przez gardło.

― Kobiet? Czemu o to pytasz? Ważne, czy jesteś fair! ― spojrzał na mnie wymownie i zapalił następnego papierosa. ― Jesteś fair, dlatego gadamy.

Poczułem się dziwnie zmieszany.

― Wiesz, czasem mam wyrzuty sumienia, gdy myślę o kobietach jako o… kochankach.

― Przestań pieprzyć! Kobiety tak samo mówią o swoich facetach! ― Żachnął się, zdeptał ze złością dopiero co zapalonego papierosa i skrył ręce w kieszeniach prochowca.

― Tak, wiem, słyszałem nie raz, ale… no wiesz… godność…

― Przestań, gadasz jak typowy Polak, co to musi być świętszy od świętych ― skrzywił się. ― Pozbądź się tego podejścia, bo to cię wpędza w poczucie winy. Mało ci? Wmawiasz sobie tyle rzeczy. Ciągle męczysz się myślami, że zawiodłeś żonę i dziecko. Starczy dla pułku!, wierz mi. Weź się w garść, wyprostuj plecy i idź dalej. Szukaj kobiety swego życia, na nowo. Znajdziesz, jak ja znalazłem, po wielu latach i wielu próbach, ale znalazłem. Nie ma w tym nic niezwykłego i nic złego, jeśli szanujesz te, które spotkałeś po drodze. Nie zawsze się udaje, nie zawsze wychodzi dobrze, sam to już wiesz, ale cóż, samo życie. I przestań się bać, co inni o tobie pomyślą. Idź swoją drogą i zostaw dupków ich losowi. Bądź mężczyzną!

Zapaliłem papierosa i staliśmy w milczeniu na brzegu. Myślałem o tym, co mi powiedział. Wpatrywałem się w wodę, która płynęła leniwie. Swą masą i zdecydowaniem wzbudzała we mnie co raz większy respekt, gdy usłyszeliśmy głośne parskanie. Z wody wyszedł mężczyzna w dziewiętnastowiecznym jednoczęściowym stroju kąpielowym w czarne poprzeczne paski. Był niski i otyły, a wielki brzuch napinał materiał kostiumu do granic wytrzymałości. Stanął obok nas z radosną miną i powiedział do mnie:

― Nie martw się stary, z czasem się ułoży ― uśmiechał się aż nazbyt radośnie. ― Z CZASEM! ― Krzyknął mi prosto w ucho i klepnął mocno w plecy, zostawiając wielką mokrą plamę na koszuli. ― Jeszcze trochę upłynie wody i będzie dobrze, zobaczysz! Spotkajmy się jutro po południu, a takie rzeczy opowiem, że ci gały ze śmiechu wypadną z czachy!

Tak, to był on, Pan Tarei we własnej osobie.

 

Warszawa, 30 kwietnia 2013.