Pianissimo

 

Pomyślałem, że nocny spacer po mieście dobrze mi zrobi. Zmęczenie po całym dniu pracy zwiotczyło mi kolana, zgarbiło. Koniec maratonu nagrań sprawił, że nie miałem siły siąść za kierownicą. Szedłem Alejami Jerozolimskimi w kierunku Wisły. Ocalone z wojennej i komunistycznej pożogi kamienice łagodziły szczypanie podrażnionych oczu. Szkoda, że nie odbudowano miasta takim, jakie było – pomyślałem po raz kolejny.

     Ostatni dzień marca ośmielił wiosnę, którą można było zobaczyć w drzewach, w bramach poczuć kocie stemple. Rychła noc zaganiała ludzi do mieszkań. Zajrzałem w czarne oczy ulicy Pankiewicza: zachłanne usta przyparły drobniejsze do ściany, młode dłonie splotły się po wyjściu z knajpy, w oddali stukały samotne szpilki, wiatr bawił się puszką po piwie.

     Noc. Cicha, nie za chłodna, kojąca. I miasto układające się do snu. Trzeszczały jeszcze sprężyny tramwaju, zaszeleściła taksówka, gwiazdy nieśpiesznie naciągały na siebie poliester. Gdzieś męski głos zwyzywał kobietę, szczeknął pies, zapłakało dziecko, stłukł się talerz. Ponad dachami burczał Perun, pod powieki wciskała się mżawka, chodnik rozlewał neony.

      Przed deszczem uciekłem do hotelowej restauracji. Siedząca na wysokim stołku prostytutka puściła do mnie oko, za barem postawny mężczyzna o zaciętym wyrazie twarzy łypnął na mnie, wycierając kieliszki. Na sali tylko kilka osób. Usiadłem przy stoliku i uświadomiłem sobie, że nie mam ani siły, ani ochoty wracać do domu. Chcę posnuć się po mieście, posmęcić, napić się czegoś dobrego, przespać się w studiu i rano pojechać.

     Zamówiłem podwójną whisky i rozejrzałem się. Egzaltowana para wystukiwała sztućcami swoją rapsodię, starsza dama celebrowała przeżuwanie, człowiek interesu wycierał okulary nad pustym talerzem, barczysty facet mówił coś do szklanki z piwem, elegancka kobieta ukradkiem toczyła walkę z resztką kotleta w zębach. W głębi sali kilka osób przy złączonych stołach śmiało się głośno obok smutnej pary starszych państwa.

     Do pianina podszedł młody, wysoki, szczupły mężczyzna w czarnej marynarce. Podniósł pokrywę, przysunął ławę i rozejrzał się po sali. Klapnął na siedzisko i westchnął. Sflaczały wpatrywał się przez moment w klawisze. Jeszcze raz powiódł wzrokiem po sali, poprawił się, przyjął pozycję pianisty, odchrząknął, znów się poprawił. Zawiesił palce nad klawiaturą, po czym zgarbił się nagle i odłożył dłonie na kolana. Zdawał się oczekiwać od pianina rady, może propozycji repertuaru. Naraz przekrzywił głowę, jakby usłyszał, co miało do powiedzenia. Wyprostował się i z instrumentu popłynęło preludium Chopina. Potem drugie, trzecie z opusu dwudziestego ósmego. Grał cicho, spokojnie, dokładnie tak, żeby się go nie słuchało. Miał być tłem i był. Miał podnosić standard lokalu i niósł ten ciężar. Jego twarz nie zdradzała wielkich uczuć, raczej smutek. Patrzył przez okno ponad pianinem, palce pamiętały nuty. Grał lekko, swobodnie, profesjonalnie. Odniosłem wrażenie, że mógłby zagrać wszystko, o co by go poproszono.

     Przy Bachu sala pustoszała. Nieukończona rapsodia leżała krzyżem na talerzach, przewrócona szklanka wpatrywała się w otwarte usta śpiącego mężczyzny, śmiech i smutek gości z głębi sali udali się do pokoi. Chłopak grał dalej, subtelnie, jakby mimochodem, aby nie przeszkadzać przygaszonym światłom, plamom na wykładzinie, zasychającym resztkom. Prostytutka weszła za bar, rozejrzała się dyskretnie i znikła mi z oczu, klękając przed kelnerem, który zaparł się o kontuar, patrzył w dół. Twarz mu złagodniała. Odczekałem, aż dziewczyna wyjdzie zza baru, a kelner ochłonie i ponownie zamówiłem whisky.

     Kolejna szklaneczka szkockiej dodała mi śmiałości. Wziąłem swoje rzeczy i usiadłem blisko pianina. Muzyk drgnął, jak wyrwany z transu. Spojrzał na mnie odruchowo i szybko odwrócił głowę, zupełnie jakby nie wolno mu było nawiązywać kontaktu z gośćmi.

     — Zagraj coś od siebie — powiedziałem.

     Pokręcił głową.

     — Straciłbym pracę — powiedział cicho, kończąc Schuberta.

     Zrozumiałe, ma kontrakt na klasykę w klasycznym wnętrzu renomowanego hotelu w starej kamienicy.

     — Już po północy. — Nie poddawałem się. — Jest prima aprilis.

      Potarł dłońmi kolana. Jego uśmiech miał w sobie coś łobuzerskiego.

     — Lubisz jazz? — spytałem. Nie musiał odpowiadać. — „At last”?

     — To nie na mój nastrój — westchnął.

     — „Cry me a river”?

     Uniósł głowę, przymknął powieki, zaczął. Popłynęła muzyka, a on z nią, spokojnie, nie za głośno. Czułem, że ten standard odpowiadał jego nastrojowi. Zamknąłem oczy. Ujrzałem łóżko, niezaścielone, wygniecione. Na jego brzegu mężczyznę, siedział skrywając głowę w dłoniach. Tyłem do niego leżącą kobietę, okrytą. Zawisłe milczenie studziło ich ciała i pościel.

     Potem zagrał „Black coffee”, ale nie tak, jak pamiętam z wykonań wielkich kobiet jazzu, bardzo męsko, o miłości z drugiego parzenia. Zobaczyłem go siedzącego w kuchni z kubkiem, smętnie patrzącego w okno, usiłującego pozbierać się, wyglądającego nadziei. Gdy zagrał „Embraceable You” poczułem nieukojoną tęsknotę w jego placach.

     Otworzyłem oczy. Słony ślad na policzku nie zamierzał się ukrywać.

     — „Blue Skies” — powiedziałem.

     Położył ręce na udach. Przyjrzał mi się uważnie, szukając wyjaśnienia.

     — Pan Anioł? — zapytał.

     — A jeśli nawet? — Wzruszyłem ramionami.

     Zaczął grać. Rozkręcał się, grał śmielej, głośniej. Muzyka zmieniała jego nastrój. Pokusił się o pasaż, który mnie zachwycił.

     — Jeszcze! — krzyknąłem ciut za głośno. Whisky działa.

     Improwizował. Trudno mi było zgadnąć, czy wcześniej układał zagrane frazy, czy teraz poszedł na całość. Kochał tę muzykę, czułem to, więc kupowałem jego grę, kupowałem go całego.

     — „Dream a little dream of me” — podrzuciłem.

     Co on zrobił z tym kawałkiem! Popłynęliśmy. On w muzyce, ja głodny, zmęczony i upojony whisky. Gdy zaczął „I’ve got rhythm” ujrzałem nas obu wirujących Tamką w dół. Deszcz śmieszył, wiatr popychał. Z rozłożonymi ramionami stepowaliśmy aż do Solca.

     Nagły trzask zamykanej pokrywy zakończył improwizację i taniec. Nad nami stał zezłoszczony kelner.

     — To był twój ostatni dzień — wycedził do pianisty.

     Muzyk nie spojrzał na niego. Siedział sztywno.

     — Może jeszcze lodzika? — powiedziałem. — Ja stawiam.

     Kelner wcisnął mnie w oparcie spojrzeniem. Jego twarz była istnym polem bitwy armii myśli i emocji. Po chwili zaśmiał się grubiańsko, lekceważąco machnął ręką.

     — Żartowałem — Klepnął pianistę w plecy. — Prima aprilis — powiedział i odszedł szybko. Słyszałem, jak klął.

     — Na dziś koniec! — powiedział pianista. — Rozchodniaka?

     — Jasne. O ile Herr Ober nas obsłuży — powiedziałem, stojąc na miękkich nogach.

     W połowie drogi do baru pianista zatrzymał się raptownie. Podążyłem za jego spojrzeniem. W wejściu stała drobna dziewczyna z walizką. Jej przemoczona kurtka z trudem radziła sobie ze spływającą wodą z włosów. Niepewność w oczach przedzierała się przez rozmazany makijaż. Puściła rączkę walizki i wolno podeszła do chłopaka. Stanęła przed nim, uniosła głowę, by zajrzeć mu w oczy, drżące ręce położyła na jego piersi. Wtuliła policzek w jego koszulę, materiał chłonął wodę spragniony. Pianista nie wykonał żadnego gestu, twarz miał kamienną.

     — Przepraszam — wyszeptała.

     Chłopak ją przytulił. Zerknąłem na kelnera – przewrócił oczami i zajął się ustawianiem kieliszków. Wiedziałem, że nic tu po mnie. Założyłem płaszcz i cicho wyszedłem.

     Nie zauważyłem kałuży, do butów wlała się woda. Postawiłem kołnierz, zaciągnąłem suwak pod szyję i ruszyłem w kierunku Starego Miasta. Deszcz zacinał zajadle, ściekał po włosach na plecy. Przystanąłem jeszcze, by spojrzeć na hotel. Miałem przeczucie, że pianista z dziewczyną wyjdą, ale nie, pusto. Tylko ulewa i nieme cienie rzucane przez latarnie. Posłałem im w myślach ciepłe słowo i nucąc „Killing me softly” pogrążyłem się w gąszczu kropel i ulic.

 

Warszawa, marzec 2017