Odszedł Bóg, niech żyje Bóg

 

Wieczór okazał się bardzo miły, więc wróciłem z nim do domu. Odstawił buty, zamknął sweter w szafie, włączył lampę, radio. Zaproponował herbatę, ale wolałem piwo. Wskazał na fotel, szklankę postawił na stoliku obok. W radiu Einaudi przebiegał po klawiszach, za oknem chmury udawały różowego bałwana. Farba na ścianach dawała wyraźne oznaki znużenia, krzesło szczerzyło szwy, a regał usiłował rozprostowywać kręgosłup, złoszcząc się wykrzywioną deską pod nogami. Część książek prężyła grzbiety, inne się piętrzyły. Pamiątki z czasów przeszłych z wielką pokorą nosiły kurz, okulary zamarły z rozprostowanymi ramionami.

      Z każdą z książek, meblem, ozdobą, zdjęciem, a nawet, jak mi się teraz zdawało, plamą i zadrapaniem związany jestem wspomnieniami. Węzły czasem uwierają, nie przeczę, ale bywa też, że nitki prowadzą do uśmiechu. Zdałem sobie sprawę, jak często pragnąłem, by mój pokój stał się miejscem wolnym od wspomnień i jakże wiele razy czyniłem wszystko, by było odwrotnie. Zamykałem w szufladzie zdjęcia, figurki, drobiazgi, mówiąc sobie, że to pierdoły, pożywka do roztkliwiania się nad sobą. Usiłowałem stworzyć przestrzeń zapominania, by po jakimś czasie pozawieszać zdjęcia, ustawić przedmioty, troskliwie zetrzeć kurz i otoczyć się przedmiotami wywołującymi emocje. Gdy przez długi czas szuflady pozostawały puste, uświadamiałem sobie, jak bardzo każdy szczegół tego wnętrza zdawał się być odrębnym w formie i spójnym w treści traktatem o podtrzymywaniu wspomnień.

 

      Poczułem czyjąś obecność, spojrzenie. Na półce z klasyką rosyjską siedział Mójboże, oparty o grzbiet Lwa Tołstoja. Obok niego niecierpliwił się wielki worek. Pełny. Zauważył moje zdziwienie. Myślę, że spodziewał się go, wszak nie od dziś się znamy.

      — Tak — powiedział. — Czas na mnie.

      — Chcesz odejść?

      Zaniepokojenie? Strach? To chyba właśnie poczułem.

      — Nazwałeś mnie „Mójboże” i byłem nim najlepiej, jak umiałem. By oddać prawdzie należne jej honory, byłem twoim drugim Bogiem. Pierwszego odprawiłeś ty, drugi odchodzi z własnej woli. Misja skończona.  Formuła wyczerpana. Wiesz o tym lepiej ode mnie. Przechodzisz zmiany, a ja za stary jestem na ewolucję. Nie pójdę za tobą. Nie dam rady.

      Fotel zatrzeszczał pod dodatkowym ciężarem.

      — Byłem z tobą, gdy — wyciągnął rękę z kciukiem w górę — i gdy — palec do dołu. — Wiele lat cierpliwie wysłuchiwałem twoich westchnień, pragnień, marzeń. Śledziłem myśli, uczynki i zaniedbania… — Przekrzywił głowę. — Zaniedbania najbardziej mi się podobały. Miały swój… urok — wyszczerzył zęby. — Wiarę i niewiarę w siebie…

      Smutno mi się zrobiło. Faktycznie, tyle lat!

      — Nadszedł czas, bym się uwolnił, wyzwolił i poszedł swoją drogą. Nie chcę już dłużej być twoim Bogiem. Wątpię, by tam, dokąd pójdę, było mi lepiej, ale czas na mnie. A ty powinieneś mieć nowego Boga, a najlepiej kilku. — Zrobił gest ręką, jakby o czymś zapomniał.

      Zza szaty wyjął fajkę, w pośpiechu nabił ją, przypalił, puścił kilka chmurek, dwa kółka. Uspokoił się. 

      — Bóg odszedł, niech żyje Bóg! — zagrzmiało niczym w teatrze.

      Siedział z wyprostowanymi nogami oparty o książkę, pykał z fajeczki w zadumie. Czy myślał nad słowem, czy zwlekał z odejściem – nie wiem, ale nie widziałem w nim determinacji, która kazałaby mu się wynosić. Może czekał na moje słowa? Może chciał, bym go zatrzymał? Czyż tylko ludzie są próżni?

      — Nie — pokręcił głową. — Nie zatrzymasz mnie. Ni słowem, ni czynem. Po prostu lubię tu być, więc sobie jeszcze zapalę, popatrzę na ciebie, posiedzę w milczeniu i… zniknę.

      Zniknął. Gdy odzyskałem oddech, znaczy gdy przypomniałem sobie o podstawowych odruchach fizjologicznych podtrzymujących życie, zza “Rzeczy, których nie wyrzuciłem” wyszło trzech młodych w szatach do kostek, z plecakami. Zastepowali na dzień dobry niczym Fred Astaire, skłonili się.

      — Szczęśćboże  — przedstawił się pierwszy z lewej.

      — Dajboże — skłonił się środkowy.

      — Brońboże — pogroził palcem z prawej.

      Zastepowali ponownie, stanęli w szeregu, zlewając się w jedną postać o trzech głowach.

      — Czyli Mójboże trzeci  — powiedzieli jednocześnie, ukłonili się i znikli za książkami.

      Ależ oni surowi, pomyślałem. Trzeba będzie nad nimi popracować… i życia nauczyć.

      Pokój wypełnił niewielki blask i dźwięki suwaków, pobrzękiwania naczyń, szelest ubrań, skrzypienie półki i…czkawka.

      — Znowu? — dobiegł mnie przytłumiony głos Szczęśćboże.

      — No przepraszam! Nie czepiaj się.

      A, czyli to Brońboże ma czkawkę.

      — Zrób coś z tym! — Dajboże wykazywał zniecierpliwienie.

      — Oj dobra, dobra.

      Czknięcie.

      — No co?! — zapiszczał znowu Brońboże. — To przez colę. Było mi nie dawać. Zawsze tak mam. Jak byście nie wiedzieli.

      — Kończ rozpakowywanie i spać. Od jutra mamy służbę, a coś mi się widzi, że łatwo nie będzie.

 

      Noc rozłożyła łóżko. Zaciągnęła mnie do niego, rozebrała, przykryła, zgasiła lampę, ściszyła radio, usadowiła się w fotelu. Co przyniesie mi poranek?

 

 

Warszawa, czerwiec 2017