Nowy stary dom

 

Piętnaście kartonów średnich, osiem małych, dwa duże. Stoją na środku pokoju. Regały już umocowane do ściany. „Para” – jak powiedział kapitan Czerwonego Października, gdy nadszedł czas wypłynięcia w morze.

      W kartonie opisanym jako literatura rosyjska jest Faulkner, Poe i Nitche. W amerykańskim Dostojewski, Rilke, płyty z fugami Bacha i wariacje Goldbergowskie. W niemieckim Bułhakow, Gombrowicz, Pilch, Canetti. W iberoamerykańskim jest co prawda Marquez, ale i Baricco, Eliot, Forsyth, McLean. I bądź tu, człowieku, dobry i licz na innych. Umiesz liczyć, licz na siebie. Umiesz pomagać, to pomóż sobie. Nic to, ustawiamy. Klasyka od lewej, po środku średnio klasyczne, nowe po prawej, jak w linii czasu. Łatwiej będzie znaleźć to, czego akurat potrzeba. Na górze rosyjska, potem wyspiarze i ci z Dzikiego Zachodu, Południowcy, Żabojady osobno, bo tak sami chcą, troszkę Afryki też jest. 

      A Barba*? Oż…

      Piętnaście kartonów średnich, osiem małych, dwa duże. Szukanie.

      Budda jest, Satyr też, muszle – nawet większość w całości, paczki z tytoniem, aniołek z jednym skrzydłem, Paddington bez kapelusza i kartki, świeczki zapachowe, fajki cztery, opakowanie wyciorów, niezbędniki dwa, okulary z jednym szkłem, karteczki przylepne i nie, ołówki, cienkopisy, szkiełko do okularów, naboje do pióra i pióro, słoń z podniesioną trąbą i drugi bez trąby, zajączek z ogonkiem bez uszu, temperówka, kapelusz Paddingtona, trąba słonia, pył muszelkowy, sierść Malamuta, pokruszony tytoń, kartka Paddingtona, ucho zajączka, skrzydło aniołka… gumka do włosów Barby. A więc była tu? U Rosjan z Ameryki? Książki wszystkie wystawiłem, a po babie ani śladu.

      — Znajdzie się — powiedział Mójboże, siedząc na półce i ćmiąc fajkę. — Z babą tak jest, że jak trzeba, to nie ma, a jak bardzo chcesz, by jej nie było, to się pojawi.

      — Sugerujesz, żebym przestał jej szukać? — zapytałem.

      — Tak, wtedy sama się znajdzie.

      — Może to i racja. Ale gdzie się schowała? Każdą książkę obejrzałem dokładnie, odkurzaczem kurz… Odkurzacz!

      — Uspokój się! — Mójboże kręcił głową.

      — Muszę sprawdzić, może ją wciągnęło i się dusi.

      — Dziś mówi się wciągło, przecież słyszysz to ciągle. Płyń z duchem czasu, Facecie. — powiedział Pan Tarei.

      Patrzcie go! Stoi między kartonami w pasiastym kostiumie kąpielowym sprzed dwóch wieków i gada o nowych czasach? Ja pierdzielę! Nie ogarniam tej kuwety – jak mawiał pewien czarny kot, gdy starał się zrozumieć ludzką naturę.

      Zajrzałem do worka. Ciemno. Obmacałem go. Nic twardego. Nic się nie rusza. Trzeba sprawdzić dokładnie. Gdzie są nożyczki? A w cholerę z nożyczkami, trzeba się spieszyć, bo jeśli Barba jest w środku, to się dusi. Wbijam paznokcie w papier, rozrywam. Chmura kurzu, jak po wybuchu bomby. Dobrze, że wcześniej odkurzyłem cały pokój. Ale Barby w środku nie ma.

      — Czy cię do końca pogięło? — Barba wyszła zza Transatlantyku ze ścierką. Na głowie miała chustkę. Fartuszek w kwiaty zakrywał ją po kolana. Na nogach baletki. Dziwnie wyglądała. Cudacznie trochę. — Dopiero co posprzątałam

      — Jesteś! — krzyknąłem uradowany. — Cała? Zdrowa? Myślałem, że cię zapomniałem spakować, zostawiłem, a potem, że zabiłem cię odkurzaczem.

      — Umiesz liczyć, licz na siebie. — powiedziała i wzięła się pod boki. — Sama się spakowałam, sama wlazłam do kartonu, sama się zabezpieczyłam na czas przejazdu. Faceci! — Machnęła ścierką.

      Cała i zdrowa.

      Włożyłem nowy worek, odkurzyłem, kartony puste wyniosłem. Jeden karton zostawiłem, ten z uszami, skrzydełkiem itd. Podłączyłem kable i uruchomiłem komputer. Puściłem muzykę filmową z netu i poczułem się, jak w domu. Jak w starym nowym domu. Usiadłem w fotelu, głowę powierzyłem oparciu, zamknąłem oczy. Piękna muzyka, spokój, ukojenie. Jak w domu, starym nowym domu…

      — Książki inaczej poustawiałeś — Zazgrzytała Barba. — Półki przemalowałeś na ohydny kolor.

      Milczałem. Muzyka koiła przyjemnie.

      —  A ściany muszą być żółte? Zielone byłyby lepsze.

      Hymn to the Fallen z Szeregowca Ryan’a leci. Podniosłe. Jak to u Williamsa, pięknie brzmi. I te bębny, takie nienachalne a dobitne. Cudo.

      — Półki na nowym regale są węższe, wiesz? Mało praktyczne.

      Słucham muzyki. Temat główny z Kompanii Braci. Uwielbiam.

      — Zasłony są do bani. Co ty z tą wiśnią, czy bordo masz. Jakieś kompleksy?

      Spojrzałem na okno. Grube bordowe zasłony zdobią pokój, uzupełniają swoją prostotą i ciepłem. Dobre są, takie chciałem. Muzyka z American Assasin podnosi mi lekko tętno. Dobre!

      — Podłoga jest za ciemna. Dąb zawsze jest najładniejszy.

      Muzyka z Faraona przywołała obraz Barbary Brylskiej w przezroczystym… czymś Nie było wtedy video, a co dopiero Internetu, nie można było sobie obejrzeć ponownie. Gdy ją zobaczyłem w tym stroju, zakochałem się. Te ruchy kocie, przebiegłość i intryga w gestach, kuszenie, te piersi, biodra, brzuch, no i twarz oczywiście, oczy. Ech. Nie pamiętam ile razy byłem w kinie, żeby ją oglądać. Puszczali powtórkę dla młodzieży szkolnej w kinie Ochota. Wspaniały prezent mi zrobili. Żeby na nią popatrzeć wtapiałem się w tłum uczniów z różnych szkół. Kilka razy mnie wyrzucili, ale i tak udało mi się kilkanaście seansów zaliczyć. Ech, dzieciak, dzieciak. Uśmiechnąłem się.

      — Ze mnie się śmiejesz? — Wydarła się Barba.

      Pokręciłem głową, nie otwierając oczu. Szkoda, że Barba nie wygląda jak Brylska. Ale jest ruda, to mi odpowiada przecież, więc jest dobrze. Znów się uśmiechnąłem.

      — I co się szczerzysz!? Trąbę słoniowi przyklej, bo straszy kalectwem. I nieszczęście jakie jeszcze ściągnie.

      Casablanka, co za temat! Jedyny melodramat, który lubię. No, Sam, zagraj to jeszcze raz.

      — Czy naprawdę musiałeś kupić nowy dywan? Przecież tamten był całkiem dobry. I ładny! — Barba mówi coraz głośniej.

      Marsz Imperatora z Gwiezdnych Wojen. Po raz pierwszy obejrzałem ten film w jakimś prowincjonalnym kinie w czasie wycieczki szkolnej. Nasza pani od fizyki nam załatwiła bilety. Bardzo ją lubiłem i podziwiałem. Nie dość że bardzo ładna i młoda, to jeszcze mądra i niezależna. W niej chyba też się podkochiwałem, jak pół szkoły zresztą, męskie pół. Gdy dowiedziałem się, że zabiera nas na Gwiezdne Wojny, mógłbym zostać jej mężem natychmiast, tak pomyślałem.

      I jesteśmy w kinie, i suną napisy w dal, i leci statek kosmiczny nad głową, i, jak reszta w kinie, schylam się instynktownie, i Obi uczy Luca, i Luc uczy się mocy, i Yoda śmieszny, i piękna księżniczka, tak piękna, że chce się ją chronić i ratować, i Wader genialny, i miecze… A po wyjściu pani od fizyki mówi, że to szmira, kicz. Już nie chciałem być jej mężem, nic a nic nie rozumiała chłopców.

      — Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Co? Może to przez ten sufit ukośny? Źle dźwięk odbija?

      Nino Rota i Ojciec Chrzestny, ależ to jest muzyka! Obejrzałem w telewizji i mną potrząsnęło. Genialny film. W szkole chodziliśmy z watą w policzkach i strzelaliśmy do siebie z drewnianych pistoletów. No i ta scena seksu na początku! Więc to tak wygląda? – mówiliśmy między chłopakami. Marek miał książkę, strony z opisem seksu przy drzwiach ledwo trzymały się grzbietu, wszyscy czytaliśmy, po kilka razy.

      — I co się znowu śmiejesz!? — Barba dalej swoje. — Paliłeś trawkę? Też chcę!

      Pokręciłem przecząco głową, nie otwierając oczu.

      — Pewnie masz jakieś sprośne myśli.

      Nie wytrzymałem i parsknąłem śmiechem. Wstałem. Barba zabuksowała na półce i schowała się za książkami.

      — No przecież chciałaś, żebym zwrócił na ciebie uwagę — powiedziałem.

      — No tak, ale bez przesady! — Odpowiedziała przestraszona z czeluści odkurzonej literatury.

      Budda przymknął powieki, żeby powiedzieć: ach te kobiety. Uniosłem brwi, żeby mu powiedzieć: no. Mójboże pykał fajką i z dymu utworzynł napis: cała i zdrowa. Wróciłem na fotel i westchnąłem: jak w domu, starym nowym domu…

 

Warszawa, lipiec 2018

 

===========================================

* Jeśli nie znasz postaci „Barby”, zajrzyj na Baba z półki i następne w kategorii Baba.