Nowe bieżenie

nowe bieżenie

 

Ilonie

 

I stało się: wytyczyliśmy nową ścieżkę!

Na misję poszliśmy przed  słonecznym południem. Założyłem grube spodnie i ciężkie buty oraz rękawice. Piesa miała skórzane szelki robocze i smycz. Nogami rozgarniałem i rozdeptywałem nazwane i nienazwane rośliny. Ułamywałem wiszące gałęzie tylko tam, gdzie było to konieczne przepraszając drzewa za ból i zakłócenie spokoju. Piesa pomagała odciągnąć na bok zwalone pnie i konary. Metr za metrem, krok za krokiem, oko za okiem, ząb za zębem przecieraliśmy nową drogę.

A kto będzie tędy chodził? Czy ktoś wart tego wysiłku? A czy ja byłem godny poprzednich ścieżek? Przybyłem tu, gdy droga istniała. Niech zatem idzie ten kto chce, potrzebuje, znajdzie, umie.

Przeszliśmy kilka razy wte i wewte upewniając się, że jest szeroko, bezpiecznie i wygodnie. Potem usiedliśmy na piaszczystym brzegu i uczciliśmy to przedsięwzięcie dla dobra tej części ludzkości, która się o to nie prosiła. Piesa zjadła smakołyki, ja wypaliłem sobie papierosa zatopiony w szum wody i słońca. Północny wiatr wiał z taką siłą, jakby chciał cofnąć rzekę. Nie cofnie wody, jak nie da się wrócić czasu, ale marszczył jej powierzchnię znacząco.

Właściwie to znów wchodzę do rzeki. Nie, nie tej samej, bardzo wręcz innej. Wytyczam też, nie tylko sobie, nowe ścieżki i sposób ich przemierzania. Z ciężkim workiem doświadczeń, od tych o subtelnym zabarwieniu, bogatych w odcienie i niuanse do takich, które mnie przygniatały, pozbawiały chęci istnienia, wkraczam w następną część swego życia. Która to już? Ostatnia? I po co tak myśleć. Wiem, że dziś mogę z tego worka wyciągnąć takie wnioski, które pomogą mi świadomie wziąć na siebie odpowiedzialność za przebieg. Żałuję, że nie miałem takiego worka wtedy, gdy wytyczałem poprzednią ścieżkę. Jakże bym inaczej postępował! Doceniałbym i dziękował za to, co mnie spotykało. Umiałbym wyrażać i rozumieć. Byłbym świadomie szczęśliwy i uszczęśliwiałbym świadomie.

Chciałbym, by mój syn miał duży worek nim przetrze swoją ścieżkę. Mimo wrzynającego się w ramiona sznurka, warto mieć duży bagaż. Nie wystarczy umieć wiele razy upaść i sprawnie się podnieść, bo nie w ilości rzecz. Trzeba jednak z uporem szukać i pewną ilość upadków przeżyć, by móc utkać z tego taką materię, aby świadomie rozdeptywać co nazwane i nienazwane, przesuwać, ułamywać, umieć poprosić, przeprosić, odkryć i wypowiedzieć to, czego się pragnie, zrozumieć i wyjść naprzeciw oczekiwaniom bliskości.

Postanowiłem zadbać o to, by nigdy nie zabliźniły się moje ramiona. Chcę, by te ślady przypominały mi o staranności. Choć nie mam ani gwarancji ani pewnego sposobu, przyrzekłem sobie tę staranność.

Wracając zerwałem kwiaty i ułożyłem przyrzeczenie wspólne. Wieczorem rozłożyłem poduchy na podłodze, zapaliłem i ustawiłem w kole świece. Kwiatami zamknąłem przestrzeń wokół nas, nalałem wina i nagi usiadłem przed nagą bliskością. Wzięliśmy wino i ogień do rąk. Na te symbole oboje wypowiedzieliśmy przyrzeczenie, byśmy byli spełnieni w sobie i osobno. Przyrzekliśmy sobie staranność i uważność codzienną i conocną. Wypiliśmy wino, odstawiliśmy ogień i nadaliśmy sakralny wymiar naszemu aktowi zjednoczenia.

I stało się: wytyczyliśmy nową ścieżkę.