Natasza

 

 

 

     Zawibrował telefon. SMS od Marty:

     Bardzo chce cie zobaczyc

     Marek westchnął, zastanowił się chwilę, odpisał:

     Ja Ciebie tez. Przyjedz do mnie.

     Cos ty nie mam czasu przeciez wiesz ile mam na glowie Ty przyjedz

     To przyjedz gdy bedziesz miala czas.

     Hej O co chodzi? Cos sie stalo?

     Chce sie przekonac czy jestem dla ciebie kims waznym i dlatego chcesz sie spotkac czy chodzi o to ze jak zadzwonisz to przyjade.

     Dłuższa przerwa. Odpowiedź:

     spierdalaj

     Schował telefon do kieszeni. Zrozumiał, że zakończył nie tylko rozmowę.

 

     Piąty dzień szarugi bardzo Nataszę przygnębiał. Opierała głowę o szybę, tramwaj kołysał jej myślami. Tęskniła za słońcem. Woli siarczyste mrozy równin Ukrainy niż takie pochmurne byle co w Warszawie, które potęguje tęsknotę za dziećmi, domem, ojczyzną. Starszy syn ma 21 lat i niedługo przyjedzie do Polski. Będzie jeździł Uberem po Warszawie. Z tego się cieszy. Drugi ma sześć, został w domu z jej matką. Za nim tęskni najbardziej. Kocha go, mimo że począł się, gdy pijany mąż zmusił ją do seksu. Jest drobna, niska, on potężny. Nie miała szans, nikt nie przyszedł z pomocą. Rok później była już po rozwodzie. Lepiej jej teraz.

     Nie straciła nadziei na lepsze życie. Pragnęła wyrwać się z lepkich łap biedy i małomiasteczkowej społeczności. Wciąż była atrakcyjną kobietą i wierzyła, że spotka mężczyznę, który zapewni jej dostatnie i wygodne życie, a dzięki temu zadba o przyszłość swojej rodziny. W czterdzieste urodziny zapowiedziała, że jedzie pracować do Polski. Nie musi być pielęgniarką, może sprzątać, zajmować się cudzymi dziećmi, staruszkiem, cokolwiek, byle się na początek usamodzielnić, nauczyć języka. Znalazła pracę gosposi w domu zamożnych Polaków. Mieszka z rodaczkami w wynajętym na spółkę mieszkaniu. Czyta książki po polsku, założyla konto na Tinderze.

     O szóstej czterdzieści włączyła ekspres do kawy. Pan domu, wprost spod prysznica, w szlafroku, usiadł przy stole. Włączył smartfona. Nataszy zdawało się, że bezwiednie sięgając raz po grzankę, raz po kawę, unosi się na grzbietach fal wykresów giełdowych. Chrupał i siorbał, co ją śmieszyło. Taki pan, a siorbie.

     Zwykle o siódmej pojawiała się pani domu. Nie zawiodła. Powiedziała do męża Dzień dobry kochanie i wzięła od Nataszy kubek z kawą. Powiedziała Dziękuję, nie patrząc na nią. Usiadła przy stole, rozłożyła Vogue’a. Przeżuwając grzankę, przewracała strony wyćwiczonym tysiącami poranków gestem. W zadbanych paznokciach przeglądały się chmury, lampa nad stołem, kubek z kawą, twarze modelek, nieobecny mąż. Nie Natasza.

     Po śniadaniu pan poszedł do sypialni. Na łóżku leżały wyprasowane przez Nataszę spodnie. Koszula i marynarka czekały na oparciu krzesła. Ubrał się, użył intensywnych perfum, zawiązał krawat. Wychodząc, rzucił przez ścianę przedpokoju Dobrego dnia kochanie. Pani poprosiła o drugą kawę. Podeszła do wielkoformatowego okna penthouse’u. Patrzyła w milczeniu na panoramę Mokotowa. W oddali przeciskały się przez smog wieżowce w Centrum. Szlafrok podkreślał jej smukłą sylwetkę i wydatne piersi. Dużo ją kosztowały. A raczej męża. Wszak przy mężczyźnie sukcesu trzeba wyglądać.

     — Włącz radio — powiedziała w szybę.

     Z głośnika popłynął motyw z Listy Schindlera. Popijała kawę małymi łyczkami zatopiona w myślach. Choć Nataszy wydawało się, że to nie są myśli. A w każdym razie nie takie, w jakich ona się pogrąża. To wyglądało na smutek. Taki poranny, wieloletni, przytulany z wymuszoną czułością, celebrowany starannie, sięgający korzeniami mądrej decyzji. Przyjaciel dobrze ułożonego życia. Pani odstawiła kubek i poszła do sypialni. Nie musi się nigdzie spieszyć, nie ma obowiązków. Teraz może wrócić do łóżka i dokończyć książkę o miłości.

     Natasza przygotowywała obiad. Państwo mają zjeść sami około osiemnastej. Do siedemnastej zdąży posprzątać, poprać, poprasować. Zrobiła sobie małą przerwę. Z kanapką usiadła przy stole. Przeglądała Vogue’a, subtelnie i beznamiętnie przekładając kartki. Udawała znudzenie, nonszalancję wlała w ruch dłoni. Z kawą stanęła w oknie. Wyprostowała plecy, wypięła piersi. Z wyobrażoną obojętnością patrzyła na ludzi w dole. W myślach wydała polecenia, dotyczące najpilniejszych prac w domu, kazała sobie podać do sypialni drugą kawę.

     Spóźniła się na autobus. Odeszła z przystanku, żeby zapalić. Tinder informował o dwóch nowych parach. Wiadomość pierwsza – zaproszenie na pobyt w Polsce za stały seks. Wiadomość druga – oferta sponsoringu. Westchnęła. Często dostaje takie propozycje. Trzy razy poszła na randki z mężczyznami, którzy wydawali się ciekawi i na poziomie. Dwa razy pudło, raz pół pudła. To pół to Marek. Podczas konwersacji napisał wprost, że jest biedny, że rozwód wydrenował mu kieszenie i duszę, serce skleił. Szczerość robiła wrażenie. Nie takiego mężczyzny szuka, ale że samotność kobiety w obcym mieście i kraju wyciągała chusteczki z kolejnych pudełek, więc czemu się nie spotkać, pogadać? Jej życie sprowadzało się do pracy i czekania na okazję na Tinderze, a Marek wniósł radość, zabawę, lekkość. Obdarzył przyjaźnią, jakiej się nie spodziewała. Ujął życzliwością, oczarował podczas wieczornego spaceru po Starym Mieście, podczas którego ślizgali się po zaśnieżonym chodniku, popychali, śmiali, wygłupiali jak dzieciaki. Powiedział coś, co ją zaskoczyło, że błędem jest szukać kogoś, z kim można by się zestarzeć, trzeba szukać kogoś, z kim można pozostać młodym aż do końca.  

     Jutro wyjeżdża na Ukrainę. Trzy miesiące pracuje w Polsce, na trzy musi wrócić. Umówiła się z Markiem, bo chce się z nim zobaczyć przed wyjazdem, pogadać, napić wina, może przytulić. Dawno już nikt jej nie przytulał, nie objął. Mąż był brutalem, brał co chciał i jak chciał, nie dbając o jej potrzeby. Intuicja podpowiadała, że Marek będzie czulszy. Może pójdą do łóżka i będzie jej dobrze? Chciałaby. Marzy o mężczyźnie, który ją zdominuje, zaspokoi i jednocześnie pozostanie opiekuńczy, wrażliwy. Miała wrażenie, że on potrafi.

     Marek mieszka w suterenie, gdzie ma jednocześnie swoją pracownię. Jest grafikiem. Zarabia na życie składając teksty, tworząc grafiki i robiąc zdjęcia. Maluje też i rysuje. Odnosiła wrażenie, że jest wrażliwy, że powinna uważać na słowa, by go nie dotknąć, trochę jak duży chłopiec. To jej nie pociąga, bo potrzebuje oparcia, kogoś, kto poprowadzi ją przez życie, wytyczy drogę, zadecyduje. A jednocześnie widziała w nim coś takiego, co zachwycało. Nie wie, co to, ale chce go poznać bliżej. Jadąc autobusem, zastanawiała się nad sprzecznością uczuć. A może to wcale nie sprzeczność tylko różnorodność? Może niepełność, niedoskonałość, która pobudza coś w jej duszy? Duszy, która zramolała w trakcie walki o byt, przetrwanie, przyszłość rodziny. Albo umarła i przy nim się odradza?

      W pokoju rozstawił dużo świec, w których świetle grzała się zamyślona twarz dziewczyny w ramie, pejzaż ze spokojnym morzem, ciało smutnej nagiej kobiety wstydliwie zasłaniającej rękoma piesi i trzy róże w wazonie. W powietrzu unosił się zapach aromatyzowanych tealightów, papierosowego dymu i sandałowego kadzidła. Marek pomógł jej zdjąć kurtkę i wskazał kanapę. Podał kieliszek czerwonego wina. Pogadali chwilę o tym, jak minął dzień, co słychać. Potem wpatrzył się w nią uważnie.

     — Natasza — powiedział z pewnością siebie, której się nie spodziewała. — Jutro wyjeżdżasz, nie będziemy się widzieć trzy miesiące. Chciałbym dać ci coś, co we mnie najlepsze. Coś, co nie jest materialne, ale odciska piętno na duszy i ciele.

     Natasza zesztywniała. Przez głowę przeleciało tysiące czarnych ptaków.

     — Poproszę cię o pełne zaufanie, o otwarcie się na mnie, o zgodę na to, co się między nami zadzieje. W każdej chwili możesz powiedzieć stop i ja to uszanuję. Nie zrobię niczego, czego nie będziesz chciała. Możesz wyjść, kiedy tylko zechcesz.

     Ptaki zniknęły. Ciekawość zwyciężała. Poczuła ciepło w ciele. Początek miało w brzuchu. Rozlewało się.

     — Niczego ci nie obiecuję. — Celowo zrobił pauzę. Patrzył w oczy i szukał w nich zrozumienia. — Nie obiecam ci, że się z tobą ożenię i że będziesz najszczęśliwszą kobietą na świecie. Nie wiem, jak się ułoży między nami. Nie wiem, czy spotkamy się za trzy miesiące, bo życie nie zna pojęcia pustki, a każdą taką przestrzeń traktuje jak wolne miejsce.

     Jego język był trudny, aż tak dobrze nie mówiła po polsku. Rozumiała go jednak intuicyjnie. Myślała podobnie. Nie chciała się z nim wiązać jakimkolwiek słowem. Przecież sama wciąż szuka lepszej okazji.

     — Jeśli teraz wypijesz wino, dasz mi znak, że się zgadzasz — powiedział.

     Wypiła. Zaczęło ją to podniecać. Nigdy nie uczestniczyła w takiej… Zabawie? Grze?

     — Chcę zrobić ci masaż. — Znów pauza. Chciał, by słowa docierały do jej świadomości i podświadomości. — To nie będzie…

     — Nie chcę masażu — przerwała mu, stanowczo kręcąc głową.  — Chcę, żebyś mnie pieprzył. Żebyś mnie zerżnął. Porządnie. — Przysunęła się. W jej oczach była decyzja i pragnienie. — Chcę poczuć się kobietą. Niech to potrwa chwilę, ale niech będzie mocne. Chcę poczuć, że jestem pożądana.

     Patrzyli sobie w oczy. Czuł rosnące pragnienie. Tak, też chce. Ale nie przez chwilę. Chce mocno i długo. Jest jej głodny. Chce się nią delektować, nasycić i ma to starczyć na trzy miesiące. To jest jedna z tych chwil w życiu mężczyzny, kiedy chce kobietę w całości. Kiedy chce posiąść ją bez reszty. Kobieta ma być posiłkiem, deserem, papierosem, alkoholem, narkotykiem, studnią, szczytem i przepaścią.

     Chwycił ją za sweter, przyciągnął i wpił usta w jej. Wargami skubał wargi, ssał język. Pchnął na łóżko. Gdy ściągnął spódnicę, rajstopy i bieliznę, jej otwartość i bezbronność przeniosła go w inną rzeczywistość. Zdjął spodnie i wszedł w nią do połowy. Czekał, aż się dostosuje do niego. Gdy byli nadzy, pchnął tak gwałtownie, że krzyknęła. Spojrzała mu w oczy zaskoczona. Powtórzył pchnięcie raz, drugi, trzeci w najmniej dla niej spodziewanych momentach. Jej oczy i całe ciało były już gotowe na niego, na wszystko, co będzie. Usta Nataszy wyciągały się jak po ostatnią kroplę wody. Ręce obejmowały pośladki jak jedyne źródło ciepła. Nogi ścisnęły go mocno, zamknęły. Już nie ucieknie. Już będzie tylko jej. Są połączeni, zjednoczeni. Świat się dopełnił, jest doskonały i nieprzewidywalny.  W tym momencie wiedziała, że odda mu się cała, że może robić z nią, co tylko zechce. Marek zmieniał tempo, głębokość, siłę, kąt. To drażnił punkt rozkoszy, to wdzierał się porywczo, przytrzymując głowę za włosy. Był jednocześnie świadomy i nieobecny. To spokojny, delikatny, to drapieżny, niepohamowany. Poddała się jego woli i sile. Znalazła rozkosz w tym, że dysponował jej ciałem, narzucał pozycje. Od tyłu, z przodu, na boku, na biurku, pod ścianą i znów na łóżku. Nie zostawiał jej przestrzeni na decyzję. Dawał i brał. Rżnął i drażnił. Szybko, wolno. Płytko, głęboko. 

     Zamyślona dziewczyna z obrazu patrzyła, jak Natasza przechodziła od płaczu do śmiechu, od westchnień do rzężenia. Morska piana podsycała potrzebę zalania Marka czułością, by zaraz potem wstydliwa dotąd naga kobieta kazała wbić mu paznokcie w pośladki, odgryźć róg kołdry, zaorać skórę na plecach, rozerwać poduszkę. Gdy położył ją na boku, jedną nogę oparł sobie na ramieniu i klęcząc posuwał podniecająco nieprzewidywalnie, nie wytrzymała. Warknęła, krzyknęła. Odepchnęła go. Uciekła. Wskoczyła na fotel. Podciągnęła nogi i objęła je ramionami. Dyszała. Jej oczy zamieniły się w szparki drapieżnika.

     — Nienawidzę cię — wysyczała. — Nienawidzę cię za to, że nie było cię wcześniej, kiedy byłam młoda, kiedy szukałam takiego jak ty. Nienawidzę cię, że urodziłeś się tu, a nie tam, że nie znalazłeś mnie, nie walczyłeś o mnie z innymi, że nie zabrałeś wtedy do siebie, nie pokazałeś mi, jak można żyć. — Charczała. — Nienawidzę cię, że jesteś biedny, że miałeś żonę, że masz dziecko. Nienawidzę cię, że mam czterdzieści lat i nie wiedziałam, co to jest seks, że nie mogę pomieścić w sobie tego, co ze mną robisz.

     Przez dłuższą chwilę wpatrywała się w niego ze złością. Potem wypiła duży haust wina z butelki, podeszła, pchnęła go na łóżko, uklękła między jego nogami, wzięła do ust penisa i zaczęła ssać z taką intensywnością, jakby to był ostatni dzień w jej życiu. Jakby za chwilę mieli ją stracić w więzieniu za zmarnowane życie, za wszystkie zaniechania, za zdrady marzeń, zgody na gwałt, milczenie, posłuszeństwo, czekanie, tęsknoty, strach, nienawiść do siebie i świata. Za grzechy matki, winy babki, za śmierć na stosie wszystkich kobiet, za Wielki Głód, za mróz, za suszę, za powodzie i pożary. I za ten największy pożar, który był w niej, który on dziś rozniecił i ugasił, zalewając płomienie w jej gardle, miotając się w spazmach orgazmu.

 

     Ubrała się szybko i wyszła. Bez słowa.

     Pobiegł za nią. Nie znalazł.

     Dzwonił, pisał. Codziennie.

     Nie odpowiadała. 

     Zrozumiał, że nie odpowie nigdy.

 

 

Warszawa, luty 2019