Myśl

Myśl

 

Dlaczego żaden deszcz do tej pory nie obalił tezy, że w nocy wszystkie kamienie są czarne? Właściwie to nawet nie był deszcz. W światło latarń wlatywały skrzepliny. Może powyżej były krople, może były owalne, dostojne, ale im bliżej bruku, tym bardziej były to skrzepy; szkliste, lepkie, zgniatające się pod własnym ciężarem. Gdyby nie odgłosy miasta, pewnie usłyszałbym ich trzeszczące westchnienia.

Skrzepy nie bieliły. Skrzepy krzywiły przechodniom twarze, mrużyły oczy, wtulały szyje w szaliki, wprawiały dłonie w popłoch. Skrzepy lakierowały kamienie. Skrzepy kandyzowały kamienie. Kamienie ożywały barwą kawy, karmelu.

Zmiennymi refleksjami i nierównym makijażem kładły się na nich kolory neonów, blask witryn, poświata ozdób świątecznych, intensywność latarń, dyskrecja zapalniczki włączonej na chwilę, żaru papierosa, a nawet oficjalność świateł policji, które głosiły przybycie mundurowych z interwencją w kamienicy. Lśniły ze smutkiem, cierpliwie znosząc koła aut, podeszwy i cienie zgarbionych przechodniów. Przymykały oczy, gdy nikły pod pojazdami, by za chwilę znów rozglądać się łapczywie.

Każdy kamień inaczej patrzył na świat, choć gdy im się przyjrzeć, przypominały społeczeństwo. Każdy inny, byt sam w sobie, samoistny, indywidualny, ale w ich wspólnocie, w ich układzie czuć było moc, wytrzymałość, totalność. Takie równe, poukładane.

I gdzieś między nimi, na ziemi twardo utrzymującej istniejący porządek rzeczy, w tę zimową noc, na starej ulicy w starej części miasta, zauważyłem coś lśniącego inaczej.

To wyglądało na myśl.

Zastanowiło mnie, czy sama się zmyśliła, czy też została zrodzona.

Nie, nie wyglądała na porzuconą, niechcianą.

Trudno powiedzieć, czy została wypowiedziana.

Choć sprawiała wrażenie smutnej i samotnej, pomyślałem, że może wcale nie sięgnęła bruku samoistnie, może po prostu nie zdążyła wzlecieć? Albo ktoś nie dał jej się wznieść?

A może jednak była porzucona? Tak niechcący w natłoku innych zapomniana?

Może była podsunięta przez kogoś obcego i dlatego odrzucona?

Może była poglądem nazbyt stereotypowym, lub odwrotnie – odstającym za mocno od ogółu i zbyt śmiałym wnioskiem?

Kto wie, czy może nie była tylko zamiarem, zachcianką, może niezrealizowanym marzeniem namiętnej nocy albo pragnieniem jedynie chwilowym, nietolerowanym, bo niezgodnym ze społecznymi zasadami?

Schyliłem się po nią. I gdy ją podniosłem z bruku, zaczęły pojawiać się inne. Przeciskały się między kamieniami i materializowały. Pierwsze zdecydowanie, chętnie, szybko, drugie płochliwie, niezdarnie, powoli. Jedne śmiałe, wielkie, krzykliwe, inne zawstydzone, wychodzące z głębokiego ukrycia. Były i kobiece, i męskie, i dziewczęce, i chłopięce, i na wszystkie sposoby dziecięce.

— Jakże różne są wiekiem — stwierdziłem. Dzieliły je setki albo dziesiątki lat, moda, pochodzenie, język i tradycje, pokolenia, ale były też i takie, które oddzielał nie więcej niż dzień. Miałem wrażenie, że dwie z pewnością pamiętały układanie tego bruku, może nawet w jego trakcie się zrodziły, bo były takie proste.

Pojawiły się w różnym stopniu potłuczone, jakby zostały odrzucone, odepchnięte zdecydowanie, a kilka odtrąconych, jakby wyrzuconych przez okna.

Bardzo wiele mocno poszarpanych, do cna wykrwawionych, pozbawionych wszelkiej nadziei.

Wyłaniały się i zbyt piękne, nierealne, niemożliwe, niespełnialne.

Odkryły się zagubione, żałosne, miałkliwe, skreślone, wstydliwe, pozostawione same sobie, zagłuszone, ukryte.

Zauważyłem też te rozdarte, skrzywdzone i z wyraźnymi śladami zadanego na nich gwałtu.

Odłożyłem myśl pierwszą, gdy poczułem mocne pragnienie, by jedną z nich sobie przywłaszczyć, zabrać ze sobą i nie dzielić się nią z nikim. Wsłuchiwałem się przez pewien czas we wszystkie i znalazłem tę mi najbliższą.

Wracając, poczułem niepokój. Pomyślałem, że powinienem był wziąć tę najbardziej mi obcą, która by mnie wzbogaciła, wniosła nowe spojrzenie. Ale szybko odrzuciłem tę myśl.