Mięśniak w barze (Część I większej całości)

 

Obudził mnie chłód. Leżałem nagi obok zawiniętej w kołdrę Beaty. Spała na boku, głęboko i spokojnie oddychając. Poznaliśmy się niedawno w moim barze. Zaczęło się jak zwykle: luźna gadka o niczym, czyli podświadomy taniec godowy, po pierwszym drinku refleksje o życiu, po drugim żal straconego czasu, po trzecim bezpośredniość. Oboje wolni, w wieku sprzyjającym pośpiechowi w zaznawaniu radości życia. Zapragnęliśmy siebie.

     Patrzyłem na jej krągłe biodro, linię pleców od pośladków po rude włosy śpiące na poduszce. Nim pomyślałem, co robię, wszedłem w nią od tyłu. Wygięła się jak kotka.

      ― Znów spełniasz moje marzenia ― jęknęła.

      Szybki poranny numerek. Wczoraj kochaliśmy się cztery godziny, robiąc sobie przerwy na piwo i papierosa. Szaleństwo. Czy nasycenie jest możliwe?

      ― Skąd wiedziałeś, że tak chciałam się obudzić? ― spytała ledwo przytomna.

      ― Nie wiedziałem. Ja tak chciałem.

      Klepnąłem ją w tyłek, zamruczała. Poszedłem wziąć prysznic. Trzeźwiałem, czując na sobie zapach żelu. Wycierając się, wróciłem do pokoju. Beata podsypiała jeszcze.

     ― Wyjdę później, posprzątam, mam czas ― bąknęła, nie otwierając oczu.

      Mroźny poranek przed hotelem wyparł resztki oszołomienia, ból głowy rozpływał się w mgle smogowej. Zapiąłem kurtkę pod szyję i poszedłem do metra. Ścisk, smród, szarpanie, trzęsienie, bezwładność. Mdliło mnie. Czułem, że tracę kontrolę i zaraz zacznę krzyczeć albo rzygać. Wysiadłem dwie stacje wcześniej. Nie chciałem patrzeć w bezmyślne oczy korposzczurów, wąchać ich ambicji, marzeń, strachu. Też kiedyś byłem korpo. Gdy ma się kilka gęb do nakarmienia w domu – wiadomo. To jest dorosłość, odpowiedzialność – mówili starzy. Tylko że ja co rano miałem mdłości przez takie życie.

      Przez lata chodziłem drogami wydeptanymi przez odpowiedzialnych, z wysiłkiem znosząc wstręt do samego siebie, że nie mam odwagi żyć inaczej, że boję się zejść, skręcić. Pokonywanie tego wstrętu to wysiłek i fizyczny, i intelektualny, to pobudzanie umysłu i powstrzymywanie nerwów. Każdego ranka zmywałem z siebie smród kapitulacji, by założyć uniform odpowiedzialności i wsiąść do komunikacji miejskiej, gdzie dawał się wyczuć ten sam zapach strachu u innych.

      Różnych profesji w życiu się imałem. Pracę zmieniałem często, bo nie wytrzymywałem długo w jednym miejscu. Powód zawsze ten sam: nuda i idioci nade mną. Byłem przez chwilę stolarzem, sprzedawcą w sklepie, magazynierem, biurwą w małej spółce, księgowym, product managerem w korpo IT, kierownikiem-producentem sesji fotograficznych w agencji. Po śmierci żony i wypuszczeniu dzieci w świat poczułem, że muszę mieć coś swojego, inaczej znienawidzę się za własne tchórzostwo. Szukałem w sobie siły, która pozwoliłaby skręcić jeszcze mocniej, zejść z drogi, po której kroczy tak wielu, znaleźć odwagę, nie tę krótkotrwałą, ale tę, której brakowało mi do tej pory, by przekroczyć krawężnik „odpowiedzialnego” życia, ogrodzenie potulności oraz zgody na swój los i pójść w bok, pokonać opór wewnętrzny, strach przed klęską i krytyką innych, strach, który albo pchnie mnie na moją drogę, albo rozkaże popełnić samobójstwo.

      Udało się, dopiąłem swego. Mam własny bar.

      Jesień zawsze nastraja mnie melancholijnie. Długie wieczory zachęcają do czytania, rozmyślań. Zepsuty telewizor wisi na ścianie niemy i ślepy już czwarty rok. Często wychodzę na miasto, by patrzeć na wygłodniałą mgłę, odgryzającą wyższe kondygnacje kamienic, wieżowców, pochłaniającą ludzi, pojazdy, szczegóły. Jesienne wieczory wcześniej niż letnie przyciągają do baru klientów. W okolicy nie ma takiego miejsca, do którego można by uciec przed życiem, znaleźć spokój od domu, interesownych przyjaźni, pracy, szefów. Są eleganckie kawiarnie, koktajlbary, puby, restauracje, pizzerie i temu podobne miejsca, gdzie siedzą klony, porównując się wzajemnie, rywalizując atrakcyjnością aktualnych partnerów, kontynuując starannie zaplanowaną autokreację, maskując uśmiechem strach przed utratą posady, gdzie kobiety przychodzą zaimponować innym kobietom nowymi ciuchami, wizażem, gdzie mają okazję ostentacyjnie odmówić intymności facetom (są jak dziewczyny z porno portali prezentujące na żywo swoje walory przez kamerkę internetową). Ale nie znajdziesz tam miejsca, by spokojnie coś przemyśleć, choć na chwilę zrzucić z barów ciężar istnienia, odpowiedzialność.

      W moim barze jest taka przestrzeń. Mogą tu przyjść bez uniformu, odreagować frustracje, pomyśleć, popaść w smutek, posiedzieć z cieniu, z boku, przy cicho grających mistrzach starego jazzu, „zalać egzystencjalne robale”, jak mawia jeden z klientów. Mogą znaleźć sobie podobnych, wygadać się, choć, muszę z żalem przyznać, że takich coraz mniej, bo przeważa pokolenie fejsbukowe, które ma coraz większą trudność w nawiązywaniu bezpośrednich kontaktów. Właśnie po to skręciłem, przeszedłem nad krawężnikiem, przeskoczyłem płot, by ci, którym nie starcza (wcale albo jeszcze) odwagi, by zejść z udeptanych dróg, mogli znaleźć chwilę ukojenia, poznać świat poza systemem, poza matrixem. Dawniej sam tak robiłem.

 

      

     Do baru przyjechałem po siedemnastej. Kucharka, Zośka, ze sterczącymi po bokach głowy warkoczykami (jak u Pipi), przygotowała dania na wieczór. Wyszła wcześniej, bo syn zachorował, więc za ladą zostałem sam. Przy stolikach siedziało kilku samotnych, przy innych dwie pary. Po dziewiętnastej zaczął się większy ruch. Piwna piana osadzała się to na smutnych i milczących, to roześmianych ustach. Kolejny przyjemny wieczór.

     Było po dwudziestej, gdy do baru wszedł wytatuowany mięśniak. Ledwo trzymał się na nogach. Walnął drzwiami, kopnął krzesło, przewrócił stół. Poczłapał na środek, stanął w rozkroku, chwiejąc się, powiódł mętnym wzrokiem po sali, wyciągnął pistolet. Przerażeni klienci wstawali, zbierali swoje rzeczy i powoli cofali się do wyjścia. Mięśniak spojrzał na nich i wrzasnął:

      — Wypierdalać!

      Gdy wszyscy wybiegli, podszedł do kontuaru.

      — Zdaje się, że nie masz jeszcze ochrony, robaczku — powiedział, podsuwając mi lufę pod nos. — Żaden lokal nie może być bez ochrony. Dawaj wódki!

      Myślałem, że czasy mafii i haraczy minęły, ale najwyraźniej byłem w błędzie. Kości i mięśnie nóg zastąpiła wata, ręce trzęsły mi się, gdy nalewałem. Wypił jednym haustem.

      — Jeszcze — wrzasnął.

      Walnął kieliszkiem w ladę. Wypił, chybocząc się obejrzał salę. Przypominał pieska (samochodową zabawkę, ozdobę z dawnych lat), któremu łeb chwieje się i kręci w czasie jazdy. — Ale spe… — czknął — …luna. Rudera. Chuj z tym. Od dziś płacisz dwa kawałki tygodniowo. Będę przychodził w niedzielę po kasę. O dwudziestej kasa albo kosa. Jasne? — wrzasnął, grożąc mi spluwą.

      Zamknął oczy, odchylił głowę, zachwiał się, złapał lewą ręką krzesło barowe i runął z nim na podłogę. Chwilę trwało, nim poszedłem sprawdzić, co z nim. Leżał nieprzytomny na boku. Raczej doszczętnie zalany niż ogłuszony upadkiem, ale nie byłem pewny. Nie wiedziałem, co robić. Nogą odsunąłem od niego pistolet i usiadłem przy stole, starając się zebrać myśli.

      Pierwsze, co mi przyszło do głowy, to wezwanie policji. Ale co potem? Przyjdzie następny mięśniak i nie dwa a cztery tysiące? A może czapa dla kapusia? Las i kopanie grobu? Trząsłem się. Głębokie oddechy niewiele pomagały.

      — Kurwa! — warknąłem. — Kurwa, kurwa, kurwa! — krzyknąłem.

      Trzeba będzie zamknąć bar i spierdalać – pomyślałem. – Koniec z własną drogą. A może gdzie indziej? Gdzie, kurwa, no gdzie? Tu jest moje miejsce. Coś trzeba wymyślić.

      Wstałem. Zacząłem chodzić po sali, zastanawiając się, co dalej. Ktoś wszedł do baru, ale nie zdążyłem nawet zobaczyć kto, tak szybko zniknął. Chodziłem wokół nieprzytomnego dryblasa i miałem ochotę go skopać. Przeszło mi przez myśl, żeby go ukatrupić i zakopać w lesie albo wrzucić do Wisły, ale odrzuciłem to rozwiązanie, gdy uświadomiłem sobie, że przyjdą następni i będą się wypytywać o kumpla. Może jednak policja? Nie, policja nie.

      Sprawdziłem kieszenie mięśniaka. Znalazłem portfel z dokumentami i dużą gotówką oraz smartfon. Lista kontaktów nie była długa, przeważnie kobiece imiona. Zatrzymałem palec nad „Bos”. Pseudonim przez jedno „s”, ale pewnie chodziło o szefa. Zadzwonić? I co mu powiem? Ja pierdolę, co mu powiedzieć?! Że przyszedł grubas i się schlał? Że leży…

      — Co jest, Guma? — podskoczyłem, gdy usłyszałem głos w smartfonie. Niechcący nacisnąłem?

      — Dzwonię z … baru… Jazz… przy…

      — Gdzie jest Guma? — głos był spokojny.

      — Leży spity na podłodze — wyrzuciłem szybko.

      Chwila milczenia.

      — Dzwoniłeś po gliny?

      — Nie.

      Miałem wrażenie, że coś omawia z kimś obok.

      — Dobrze. Nie ruszaj się stamtąd. Przyjedziemy po niego. I nie dzwoń po psy, bo wiesz, co będzie?

      — Tak.

      — Dobrze. Zamknij bar i czekaj.

      — Za ile będziecie?

      — Zaraz.

      — Rozumiem.

      Rozłączył się. Zamknąłem drzwi od środka, wywiesiłem tabliczkę „Zamknięte” i przygasiłem światła. Czekałem. Na co? Na swój koniec? Wyobraźnia podsuwała mi wszelkie znane z filmów sposoby bicia, tortur, mordowania. Widziałem piwnicę z jedną żarówką i siebie przywiązanego do krzesła. Drżałem. Zapaliłem, co mnie trochę uspokoiło. Patrzyłem na Gumę, który przetoczył się na plecy i chrapał głośno. Bałem się. Myśli tłukły się w głowie jak kule w dawnej szklanej maszynie Lotto. Ale trafiłem, po prostu szóstka! Nie byłem w wojsku, nie ćwiczyłem sztuk walki, nie jestem wojownikiem. Jestem, kurwa, facetem, który odnalazł się w tym popierdolonym świecie i nabrał ochoty do życia, a tu przyłazi taka menda i wszystko mogę stracić w ciągu ułamka sekundy, bo tyle potrzebuje kula, by przebić ciało. Co by zrobił Marlowe Chandlera? Albo Hunter Becketta? Ale to nie książka, nie film. Ten skurwiel naprawdę tu leży, a obok niego spluwa. I zaraz przyjadą…

      Drgnąłem na odgłos pukania. Za drzwiami stało dwóch wielkich facetów. Otworzyłem.

      — Gdzie on jest? — To był Bos.

      Pokazałem głową. Kucnął, obejrzał głowę Gumy, klepnął go w policzek. Wszystkie palce pokrywały tatuaże. Pewnie siedział w pierdlu – pomyślałem. Drugi stał trochę z tyłu, mając mnie na oku.

      — Guma — powiedział Bos. Bez reakcji. — Guma! — krzyknął.

      Mięśniak wybąkał coś, ale nie otworzył oczu. Zamlaskał i zachrapał.

      — Pierdolony kark — powiedział Bos, podnosząc się.

      Spojrzał na mnie. W jego spojrzeniu było zaciekawienie, nie groźba. Uspokoiło mnie to trochę.

      — Przyszedł pijany? — spytał.

      Kiwnąłem głową.

      — Co mówił?

      — Że żaden lokal nie może być bez ochrony i że chce wódki. Mam płacić dwa tysiące co niedzielę.

      — I?

      — Wypił drugi kieliszek i się zwalił.

      Bos przechylił lekko głowę. Na jego ustach pojawiła się delikatna smuga rozbawienia.

      — A ty nie zadzwoniłeś po psy?

      Pokręciłem głową.

      — Bo?

      Wziąłem głęboki wdech.

      — Bo takie sprawy załatwia się bez glin.

      Bos pokiwał głową, jakby przyznawał mi rację. Rozejrzał się. Na stołach stały talerze z niedojedzonymi potrawami, szklanki z niedopitym piwem.

      — Ludzie uciekli?

      — Tak, przestraszyli się, machał spluwą i był pijany.

      Pokiwał głową ze zrozumieniem.

      — I nie zapłacili?

      Wzruszyłem ramionami.

      — Na ile oceniasz straty?

      Nie wiedziałem, czy ze mnie drwi, czy naprawdę chce pokryć koszty. Jak powiem za mało, pomyśli, że mam dużo kasy i stać mnie na haracz. Jak powiem za dużo – wybije mi zęby? Przestrzeli kolano?

      — Kilka stówek — powiedziałem. Bos uniósł brwi. — To nie jest miejsce dla bogatych. — Dodałem szybko.

      Chyba za szybko. Wydawało mi się, że wszystko robię źle, że zaraz dostanę w łeb i tyle będzie z mojego życia.

      Goryl podniósł pistolet Gumy, włożył go w kieszeń kurtki. Wypchany portfel podał Bosowi i kopnął pijanego w żebra.

      — Jak trup — wymamrotał.

      Bos wyjął trzy dwustuzłotówki i położył na stole. Następnie z kieszeni wyjął medalion.

      — Powieś to gdzieś tam — wskazał na regał z butelkami. — Jeśli ktoś zaoferuje ci ochronę, pokaż mu to. Będziesz miał spokój.

      Wstał. Skinął głową na Goryla, który natychmiast chwycił Gumę za kołnierz i zaczął ciągnąć do drzwi. Bos obejrzał się na mnie, wykonał gest przypominający salut i wsiadł do samochodu.

      Gdy odjechali, poczułem atak febry. Pociłem się i trząsłem. Poszedłem za kontuar i nalałem sobie szklankę wódki. Wypiłem na raz. Oparłem głowę o blat i czekałem, aż ciało się uspokoi. Po dłuższej chwili rozluźniłem się. Podniosłem głowę i zacząłem się śmiać. Skręcałem się, zginałem, zataczałem, podtrzymując brzuch. Zwymiotowałem wódkę. Nalałem ponownie i z pełną szklanką usiadłem przy stole. Piłem powoli, kręcąc z niedowierzaniem głową. Nie wierzyłem w to, co tu się działo. Miałem wrażenie, że to był film albo sen, że to fikcja. Patrzyłem na ręce, które przestały drżeć, masowałem nogi, które odzyskały kości i mięśnie. Klepałem się w uda, policzki i znów się śmiałem.

      Po trzeciej szklance wyszedłem z baru. Nie wiem, jak dotarłem do domu, nie pamiętam, czy było chłodno, czy padało, nic. Obudziło mnie popołudniowe słońce. Wciąż ubrany leżałem w kuchni na podłodze. Znów zacząłem żyć.

 

Warszawa, luty 2018