Melancholia

 

me

 

A tak dobrze się ten dzień zapowiadał! Słoneczko nie za małe, nie za ciepłe, nie za nisko. Chmurki wełniane, czyste, lekkie. Ciekawa robota, fajne rzeczy do porobienia. A tu proszę, przyszła. Drzwi zamknięte, a weszła. W oknie szpara ledwie, dla wentylacji tylko, a jest. Siedzi. Krzesło sobie do stołu przyciągnęła i gapi się na mnie. Gały wielkie, rzewne, rozmemłane. Nie masz nic do roboty? Nic a nic? Cholera.

No nie, nie dam rady. Nie będę z nią siedział. Idę do łazienki. Duszę ogrzać i ciało. Wanna niewielka, ale przyjemnie się w niej leni. Woda ciepła, piana gęsta. Wchodzę. Mruczę zadowolony. Kotkowi dano śmietankę. Zanurzam głowę. Orzeźwienie. Wspaniale. Przecieram oczy. Patrzy na mnie. Na kiblu siedzi. Wlepia we mnie rozmazane tęczówki. Zanurzam się. Wytrzymuję chyba minutę. Patrzę. Siedzi. Na umywalce. Scheisse. Fuck. Cholera. Wychodzę z wanny. Za włosy ją chwytam i fru do wanny. Pływa! Taka jesteś mocna? Topię. Minuta starczy? Mało? Mogą być i trzy. Dla mnie nie ma sprawy. Nie rusza się? No i dobrze. Po zawodach.

Kawy! Do roboty trzeba się wziąć. Nic nie zrobiłem jeszcze. Słońce już lekko zawstydzone. Wrzątkiem kawę na filtrze traktuję. Zapach cudowny. Nabieram go w nozdrza, wciągam. Bosko. Słodzę i przypominam sobie powiedzenie przyjaciela, że kawa powinna być jak kobieta: mała, gorąca, słodka i czarna. Nigdy mi nie wyjaśnił, dlaczego czarna, ale co tam. Pewnie tak lubi. Czy ja wszystko muszę rozumieć? Nie muszę. Kawa ma być taka, jaką ja lubię i basta. Jest. Pyszna. Cudowna.

Ona też jest. Mokra, obolała. Siedzi przy stole. Na kawę czekasz? Jak wylazłaś? Utopiłem cię przecież. Co, nie w tym się ciebie topi? Może i racja. Dobra, poczekaj no. Zaraz cię załatwię. Albo nie. Kawa jest mocna, słodka, gorąca i czarna. Znikniesz zaraz sama, tak? Pójdziesz sobie, tak?

Merde! Łazi za mną. Ja do pokoju, ona też. Kładę się, ona obok. Przytulać jej się, cholera, zachciało. Siadam przy biurku, na papierach się układa. Komputer włączam, po klawiaturze się ciągnie. Sikam, w umywalce siedzi. Nie wstyd ci? Podglądasz. Odwal się wreszcie!

Kurde, a może ja głodny jestem? Co tam w lodówce? Zakupy wczoraj duże zrobiłem. I gdzie to jest? Rachunek był duży, zakupy małe. Na ząb starczy. Jeden bo jeden, ale jest. Dawaj, chłopie, jemy! Zestaw ulubiony: kajzerka, masełko, krakowska, ser żółty, ogórek małosolny. Napycham się. I co? Łyso ci? I co tak głową kręcisz? Że niby co?

Na spacer może iść? Zmęczę ją. Zgubię. Idę. Wlecze się za mną. Nadąża, psiakrew. Dystans trzyma. Nie musi się narzucać. Wystarczy, że ją czuję. Ja muszę do roboty siadać, a ta, jak przylepiona. Przyjaciółki nie masz, czy co? Pieska sobie kup. Takiego małego. Do przytulania. Zamiast dziecka go miej. Kobiety tak robią, wiesz? Nie? Kota chociaż. Będzie czekał na ciebie wiernie. Witał z ogonkiem sztywnym. Jak kot wita, to laskę z ogonka robi, wiesz? Leciuchno zawija na końcu i pięknie jest, wiesz? Roztkliwia. Raduje. Serce rozmiękcza. No? W mordę. To chomika sobie kup. Można do niego gadać i gadać. Wszystko zrozumie. Nie? Papugę. Królika. Tchórzofretkę. Mierde! Scheisse! Shit! Merde! Po jakiemu mam do ciebie gadać, byś się odczepiła?

W mordę. Wieczór już. Wracam. Robota leży. No nie, przylazła. I co w fotelu siadasz? Twój? Do znajomego dzwonię, pożalić się chcę. Mówi, że u niego też jest. Co ty, kwantowa jesteś? Cząstki masz? Nie mogę. No nie dam rady. Dosyć. Muszę ją zabić. Utopić. Procentowo. Koncertowo. Dla dobra świata całego. Piwo? Piwo. Niepasteryzowane. Pół litra starczy? Sprawdzam. Nie. Litr? Nie ma sprawy. O! Chwieje się. Dobrze ci tak, ha ha! Mało? Piwa już brak. Szklana pułapka jest. Willis byłby dumny. Lubię twardziela. Razem wypijemy. No! Zaraz ci jatkę urządzimy. Po szklaneczce, Bruce? Po szklaneczce. Patrz! Ledwo siedzi. Zaraz ze stołka spadnie. Ha! Poprawiamy. I co? Trzymasz się? Taka twarda jesteś? W tej butelce mało było. Napoczęta wcześniej. Nową mam. Otworzę. A do starej ciebie wrzucę. Nie. Jeszcze mi dżinem wyskoczysz pokracznym. Do pełnej cię wrzucę. Wrzucam. Wstrząsam. Nie ma jej. Nareszcie. Ale trzeba być pewnym. Z butelki może i nie wyjdzie, a ze szklanki? Trzeba sprawdzić. Nalewam. Patrzę. Nie ma jej. Wypijam. Nie widzę. Co za ulga. Co za ulga!

Sztorm. Ale jaki! Rzuca mną o burty. Na podłogę lecą rzeczy, sprzęty. Krzesła szaleją. Z półek wszystko pospadało. I ze stołu. No, możliwe. Sztorm to sztorm. Z naturą nie zadzieraj. Nie wygrasz. Trzeba bezpiecznie przeczekać. W koi się skryć. Bulaj zamknąć. Położyć się. Tak. Koniecznie. O, tak, teraz dobrze. Już tak mną nie buja. Okręt szaleje, ja leżę. W materac się wciskam. Już. Trzy mlaśnięcia, jak zawsze. Po trzecim zwykle sen przychodzi. Sam. Wołać go nie trzeba. Na oczy się kładzie, ciężki, lepki. O! Idzie. Słyszę go. Już za chwilkę, chwileczkę…

Co jest? Co tak słabo dziś z nim? Jest. Pościel szeleści. No, wreszcie. Chodź. Wskakuj. Oczy klej. Gdzie leziesz? Do pleców się przytulasz? Co z tobą!? Co jest nie tak? To ty?

— Śpij spokojnie. Jutro też będzie dzień — powiedziała.

 

Warszawa, 8 maja 2016