Kupido

 

Mężczyzna, który nosi...

 

I

Przyglądam mu się z ukrycia. Chcę go dopaść. Jestem zdecydowany, nie zawaham się. Z początku był bardzo Homerowy, nierzeczywisty, ulotny, wyrosły z tęsknoty, a teraz chcę, by skoczył mi na pierś, chwycił za szyję i dobył strzały.

Podkradam się. Staram się być niewidzialny, niesłyszalny. Jestem niczym snajper w pełnym kamuflażu. Przemieszczam się tak wolno, że oko ludzkie nie wychwytuje ruchu. Ale on nie jest człowiekiem, więc może jednak i ten trud jest daremny? Może powinienem rzucić się gwałtownie? Tak. Rzucam się. Wyciągam ręce przed siebie i lecę wprost na niego. On wzbija się lekko w powietrze, umyka. Osuwam się zły. Ręce mam pełne szorstkości ściany. Czuję ostre pieczenie, ale lekceważę to. Odwracam się i szukam go. Jest, widzę. Siedzi na gałęzi. Podchodzę do drzewa, wspinam się ze zwinnością niedołężnej małpy. Nie poddam się. Jestem zdeterminowany. Wchodzę na konar. Skradam się. Gałąź się ugina, zdradza moją obecność trzeszczeniem. On nie odwraca się. Poleruje grot strzały. Jest rozluźniony, spokojny, skupiony. To moja szansa. Zaskoczę go. Jest na wyciągnięcie ręki. Wyciągam. Tracę równowagę. Wiszę, klnę cicho. On siedzi, spokojnie, jak przyklejony, gałąź szaleje. Przesuwam się, wisząc, by chwycić za stopę. Już jestem, już blisko, już prawie, już. Sięgam… Rozkłada skrzydła, opada, stąpa lekko po chwili. Klnę. Zostawiam na pniu krew i pot. Idę za nim ciężko, dyszę. Nienawiść mam w oczach. Odwraca się. Mocuje strzałę, napina cięciwę. Mierzy we mnie. Zamieram.

— Nie chcesz — słyszę.

— Chcę — rzucam bez wahania.

— Nie. — Rozbraja łuk

— Chcę! — wrzeszczę.

— Nie.

— Gówno wiesz  — warczę. — Strzelaj! Albo cię zabiję, gnido!

Wyciąga większą strzałę. Napina. Mierzy. Puszcza. Trafia. Przeszywa. Ból. Padam przejęty. Miało nie boleć!

 

II

Gdyby mi nie wypadła zapalniczka, gdybym się nie schylił po nią, gdybym jej w tej chwili nie potrzebował, gdybym nie miał ochoty zapalić, trafiłby mnie. Odwracam się do niego. Przygotowywał kolejną strzałę. Starannie umieszcza osadę na cięciwie, muska wzrokiem lotki, naciąga, celuje, wypuszcza. Uchylam się. Niewiele brakowało. Celuje w pierś. Oczy ma zimne, jest precyzyjny. Uciekać? Gdy się odwrócę, może trafić od tyłu. Zygzakowanie też może się nie sprawdzić. Schować się! Rozglądam się przed kolejną próbą. Rzucam się do bramy, zamknięte. Uchylam się i strzała wbija się w drewno. Biegnę do następnej bramy. Wszędzie domofony, nie wejdę. Odwracam się i cofam patrząc na niego. Coraz szybciej zaczynam iść tyłem. On stąpa lekko. Jest szybszy, może podlecieć blisko i znienacka. Uderzam plecami o ścianę kamienicy. Słyszę trzeszczenie naprężanego łuku. Kątem oka szukam drogi ucieczki. Skaczę w bok. Strzała rozrywa mi rękaw. Biegnę  do przejścia na podwórze. Delikatny szelest skrzydeł za mną. Zaczajam się za rogiem ściany. Ciężko oddycham. bardziej z napięcia niż ze zmęczenia. Jest blisko. Napinam mięśnie, gotuję się do skoku. On wycofuje się, czując podstęp. Przechodzi pod drugą ścianę bramy. Łuk ma napięty, gotowy. Mierzy w ścianę, za którą jestem. Widzę jego cień. Nie ucieknę już. Muszę walczyć wręcz. Przykucam. On mierzy wyżej. Gdy jest już bardzo blisko, rzucam się na jego nogi. Strzała przelatuje tuż nad moją głową. Chce się wznieść i uciec, ale nie daję mu szansy. Trzymam mocno. Obalam go. Uderza plecami o ziemię. Łuk wypada mu z rąk. Rzucam mu się na pierś. Przygniatam.

— Czego chcesz? — warczę przez zaciśnięte zęby.

Podpierając się skrzydłami podnosi się ze mną. Trzymam go mocno. Ograniczam ruch rąk. Lekko się unosimy, kręcimy. Szarpie się. Chce oswobodzić ręce. Coraz szybciej wirujemy. Unosimy się wyżej i wyżej. Kątem oka widzę dach kamienicy. Ściskam go jeszcze mocniej, odruchowo. Staram się sprawić mu ból, by wylądował. Wirujemy jeszcze szybciej. Ściskam go do kresu sił. Wbijam paznokcie i powoli tnę skórę na plecach. Jęczy. Obniża pułap. Lądujemy na bruku twardo. Siła uderzenia osłabia mnie. Wyzwala się z uścisku. Odskakuję gotowy do walki. Bierze strzałę w rękę i naciera. Stara się mnie trafić. Zadaje ciosy strzałą w wyprostowanej ręce. Robię uniki, blokuję ciosy. Rani mi przedramię i cofa rękę. Syczę z bólu. Obaj krwawimy. Patrzę mu w oczy z nienawiścią. Mam ochotę go zagryźć, jak pies.

— Jak cię, kurwa, potrzebowałem, to uciekałeś — warczę.

— Gówno możesz chcieć… — odwarknął i natarł.

Potykam się o coś. Upadam. Rzuca się na mnie. Przygniata. Strzałę chwyta mocno i kieruje w moje serce. Łapię jego rękę. Siłujemy się. Ciężarem swego ciała przybliża grot do piersi. Odpycham oburącz. Jest silniejszy, więc spycham na bok. Odpuszcza trochę i patrzy mi w oczy.

— Przecież chcesz — mówi.

— Nie teraz — stękam.

— Nie będziesz żałował. — Przygniata.

— Nie teraz — powtarzam.

— Nie będzie bolało. — Ma łagodność i obietnicę w oczach.

Słabnę. Trzymam strzałę, która zbliżała się do piersi. Patrzę na ostrze. Dotyka już koszuli. Trzęsę się.

— Poczujesz błogość — mówi.

Spoglądam mu w oczy, gdy grot przebija skórę. Poluźniam uchwyt. Wbija mi strzałę w serce. Zamykam oczy. Nie boli.

— Może zaboli później? — myślę.

Cisza. Spokój. Pierś gorąca.

 

III

— Odłóż wreszcie ten łuk – powiedziałem.

Chmury pasły się leniwie popychane południowym wiatrem. Patrzyłem, jak światło kokosi się w ich wnętrzu.

— Nigdy nie wiadomo, czy nagle nie będzie potrzebny — odparł. — Dobrze go mieć na podorędziu.

Sięgnąłem po butelkę. Nalałem sobie i jemu po brzegi. Podałem mu kielich.

— Pij — powiedziałem. — Dziś jest dzień szczególny.

— Mam dyżur — puścił oko i pociągnął spory łyk.

— A kiedy go nie masz! — rzuciłem z uśmiechem.

Wiatr bawił się w chowanego między gałęziami. Przeskakiwał z drzewa na drzewo i trącał łupiny pąków dając szansę na zaklepanie.

— Dobre te grona. — Sięgnąłem po następną kiść.

— Yhm — bąknął i wypluł pestki przed siebie.

Nieświadomie rywalizowaliśmy, kto dalej plunie.

— Fajnie jest tak — wypuściłem z siebie wreszcie to, co czułem.

— Jak?

— Tak nie musieć.

— Aha.

— I bez wielkich słów.

Ptak krążył nad nami. Po trzecim okrążeniu wleciał między gałęzie i usiadł w gnieździe. Nie zauważyłem tego gniazda wcześniej. Mały łebek wyrósł nagle i otworzył dziobek. Ptak włożył w niego swój, poruszał rytmicznie kilka razy i odleciał. Łebek się skrył. Nie wiedziałem, że to już.

Czułem pulsowanie w lędźwiach. Miarowe, rytmiczne, błogie.

Wszystko. To moje ulubione słowo.

 

Warszawa, 12 kwietnia 2014