Krąg

 

 

Wiosna w fazie młodzieńczej, ciesząca niedojrzałością, bezwstydnym rozpasaniem, zachwycająca, nieobyczajna, pobudzająca jego znoszone lędźwie. Jej płody za chwilę będą wołać o jedzenie, o życie dorosłe, o prawo do zaistnienia w kręgu.

      Idzie przez park, w którym dzieci biegają, krzyczą, okładają się patykami pod okiem siedzących sztywno na ławce staruszek. Czy kobiety wspominają swoją młodość? Co robiły w wieku tych dzieci? Może grały w klasy, albo na pianinie w salonie, a może chowały się w piwnicy, błagały o kromkę chleba? Życie nowe – życie stare. A dzieci kręcą się graniaście i myślą o przyszłości. W twarzach staruszek nie widać planów.

       Ulica stara, chodnik nowy. Stawia stopy centralnie na płytkach. Gdy człowiek stara się dostosować do podłoża, staje się śmieszny. Ale idzie. Lewa noga – nieparzysta, prawa – parzysta. Lewa, prawa, lewa, prawa. Centrum, środek, agora, arena, jądro, serce, punkt. Lewa, prawa, lewa, prawa. Wybiera płytki, inne omija, zostawia, porzuca. Nie da się nie krzywdzić, gdy dokonuje się wyboru. Więc kuśtyka. Szuka środka. Znajduje. Stawia. Stopa za stopą. Parzysta, nieparzysta, prawa, lewa. Na co właściwie szuka środka?

      Przy barze tylko jeden klient. Wśród pustych krzeseł na jednym łokciu oparty o wyczyszczoną ladę. Potrząsa szklanką na wpół pustą. Patrzy na kostki lodu. Kręcą się, pływają, nikną w alkoholu. Siada obok. Zamawia szklankę prawie pełną, jedną, bez lodu. Chce się rozpuścić. Łyk nieparzysty, łyk parzysty, trzeci, czwarty. Zawrót w lewo, zawrót w prawo. W lewo schody na górę, w prawo wyjście.

      Płytki stare, mniejsze, trudniej znaleźć środek rytmicznie. Zawrót kręci linią prostą, skręca, wykręca, mąci. Lewa, prawa. Parzysta, nieparzysta. Mieszają mu się nogi, mieszają płytki. Nieparzysta, nieparzysta, parzysta, parzy… sta… je. Linii szuka prostej.  Jak chodnik szeroki, linii w bród. I wszystkie stare, brudne, schodzone. Krąg powtarza innych. Lewa, prawa, nieparzysta, parzysta, jasne, ciemne, cieszy, smuci, leci, spada, miłość, nienawiść.

 

A może to nienawiść rozpalić razem ogień na brzegu jeziora, schłodzić wódkę, rozebrać się całkiem i zapatrzeć w taniec płomieni, akt pochłaniania tego, co daje mu życie, skwierczącą żarłoczność, która w pośpiechu pożera przyczynę swego bytu?

      A może to miłość pozbierać odłamki kieliszka, zmywać z siebie słowa wżerające się w duszę, doszukać się w lustrze twarzy?

      A może to nienawiść w ułamku chwili poczuć pożądanie, posiąść bez namysłu, zapominając o słońcu, mrozie, smogu, matce, Bogu?

      A może to miłość zohydzaną noc wytrzymać, poprzysiąc zbędność, wyprzeć się?

      A może to nienawiść z kwiatów rumianka ułożyć krąg na kocu, obiecać uważność, starania, pieczętując słowa woskiem?

      A może to miłość sztilem wydrapać oczy, rozbić szafę, wymierzyć policzek, odepchnąć?

      A może to nienawiść wysuszyć usta niepohamowaniem, kulminować na piasku, pod płotem, między drzewami, na schodach starej kamienicy?

 

Prawa, lewa, nieparzysta, parzysta, środek, centrum, jądro, agora, arena, serce, punkt. Mijanie, przemijanie, zostawianie, porzucanie. Chodnik wężeje i zwodzi. Depcze mu łeb i zstępuje lewą, podąża prawą. Wiele chodników, wiele płytek, wiele nieprostych.

 

Wiosna przemienia się, traci niewinność. Zaraz zapomni swój zachwyt, zapach, rozpustę i bezwstyd. Krąg się ten sam powtarza. Innych nie ma.

 

Warszawa, maj 2018 r.