Interpretacja

 

Drobniutki śnieg chłonął świąteczną iluminację miasta. Teraz każdy może zostawić ślad. Zostawiam.

 

− Dzwoniłeś wczoraj do mnie?

− Tak. Było zajęte. Długo.

− Coś się stało? Późno dzwoniłeś.

− Było mi smutno. Potrzebowałem ciebie. Nie oddzwoniłaś.

 

Wnikam w zimę, przesiąkam ją, zamrażam. Steruję nią. Wskazuję drzewo, parapet, lusterko auta. Zabielam, wybielam, bielę.

 

chciałbym być kotem
zamknąć się w twoich objęciach
ugryźć cię w ucho
zostawić zapach

i pójść w noc

 

Rozciąga się, pęcznieje. Wigilijna noc ma większą zdolność melancholijną.

 

mam w sobie wiele serc
każde wielkie
i nie
gorące
i nie
całe
i nie
szczere
i nie

 

Wymęczone promocją wystawy śpią. Zmuszone do mrugania ledy wiszą powciskane w kable. W oknach sucho mienią się światła choinek. Niewielu do podziwiania ciszy. Przemykają między domami, śledziami, suszem, pierogami. Do jego taty, jej mamy, babci i dziadka, bo może to ostatni raz. Jadą. Na oponach, bez dzwonków.

Kryje się przede mną w blasku latarni? Może ja chowam?

 

szuka kogoś, kto by się w niej zakochał bez lupy
kto pokochałby jej lęki, rysy, ciemne kąty

łatwo zakochać się w jej uśmiechu

ma oczy tych, którzy w nocy nie szukają światła zapałki

stoi w ciemności i czeka
aż czyjś ogień przełamie ciemność

 

Wielki kamień usiłuje przecisnąć się przez chmury. Nie chcę go. Nie dziś.

 

księżyc był blady
gdy cię zobaczyłem
poczułem
pocałowałem

żółcił się
gdy obiecywałem
wysławiałem
posiadałem

brzoskwinił
gdy gotowałem
wspierałem
kląłem

czerwieniał
gdy wysychały kły

nie nadążał

dziś jest blady

 

Kocie łby. Tysiące. Uległe. Nie chcą pieszczot. Pamiętają mnie sprzed roku, pięciu lat, ośmiu? Pamięć to duży ciężar. Wiele mają do pamiętania.

 

− Czego najbardziej chcesz?

− Chcę nie wychodzić z ciebie.

− Nawet, gdy czytam ci na głos poezję?

− Wtedy najbardziej.

 

Schody wyślizgują się spod butów. Rażą nadgarstki. Nie po raz pierwszy. Pewnie nie ostatni.

 

− Dlaczego do mnie przyjechałeś?

− Chciałem pomóc.

− Pomogłeś. Lubisz pomagać innym?

− Tak.

− Pomóż sobie.

− Za trudne.

 

Rzeki zawsze płyną obok. Czasem odzwierciedlają, czasem pochłaniają. Ponoć nie da się wejść w nie powtórnie. Zresztą, po co miałoby się to robić. Są, płyną… wystarczy. Dają drugi brzeg. Wystarczy znaleźć most, kładkę i zacząć żyć. Nawet powtórnie.

 

− I co teraz?

− Chodźmy na tamten brzeg.

− Po co?

− Może tam ciebie pokocham.

 

Przerzucam kładkę. Nie idę. Boję się swoich ciemności. Nie znam ich zbyt dobrze. Wciąż. Tu jest bezpieczniej? Troszkę. Za mało, by przejść rzekę? Troszkę. Dużo tego troszkę. Troszkę.

 

− Wiesz czym się różni zakochanie od miłości?

− Czym?

− Zakochanie się przydarza, a miłość jest wtedy, gdy codziennie zmieniasz kochanej osobie pieluchę.

− Wiem.

− Ale nie tylko za to można cię pokochać.

− Tak?

− Również za to, że wciąż kupujesz żelki.

 

Nie zerwał się wiatr. Nie przyszła zamieć, odwilż, deszcz. Nie zezłościło się żadne z bóstw. Nie stało się nic. Nic nie nabrało nowego znaczenia.

A jeśli nawet, to tylko interpretacja obserwatora.

 

 

Warszawa, styczeń 2019 r.