Fale na ogniu

Fale na ogniu

 

Dziwnie. Jakby ktoś mnie obserwował. Obracam się na drugi bok i zakrywam. Niepokój włazi pod kołdrę. Wysuwam głowę i patrzę w okno. Świta. W mroku pokoju dostrzegam postać w fotelu. Przecieram oczy. Nie znika.

Włosy w nieładzie, oczy rozbiegane, zęby pożółkłe i nierówne, ramiona spięte. Siedzi krzywo, z jedną nogą podciągniętą. Przemienia się. Część głowy staje się krótko ostrzyżona, część  spowita długimi lśniącymi włosami. Palce na przemian, to smukłe, to mocne. Paznokcie zadbane, obgryzione. Jedna noga długa, gładka, druga owłosiona, twarda. Nie ma tu ładu, harmonii, symetrii. Wykoślawione, cudaczne, niezgrabne. I boję się, i pragnę patrzeć, przeżywać. Zauważam w sobie roztkliwienie, serdeczność, chęć przytulenia dziwadła. Gdy to sobie uświadamiam, odczuwam silną potrzebę zachowania dystansu. Piasek i morze: raz woda piach zabiera, raz piach wydziera morzu brzeg.

Patrzymy na siebie. Minuty buczą w zegarze. Siedzimy. Tak samo. Oczy szperacze. Szukają na poczekaniu.

Pojawia się film przeplatany fotografiami. Bez miejsca i czasu. W tle smętne tango Piazzollego. Z niezdarnych rąk wypada porcelana. Radosny śmiech w słońcu. Sok tryska na ubranie. Grymas w miejsce uśmiechu. Moje ręce raz żłobią, raz pieszczą. Obawa zamiast księżyca. Skrzydła rozpostarte, tęgie, postrzępione. Łzy zbierane mopem. Stopa na kroczu. Usta na ustach. Zioła na skórze. Sutki w palcach.

Cięcie. Dwie kobiety patrzą mi w oczy. Każdej daję to samo pudełko. Jedna się uśmiecha litościwe i odchodzi. Druga bierze moją twarz w dłonie. Śmiejąc się ze łzą na powiece, całuje mocno. Chcę pobiec za pierwszą i być z drugą. Jestem przerażony. Miotam się. Nagle zjawia się trzecia. Płonie, ale nie spala się. Ciągnie mnie ku sobie. Kocham się z nią ostro. Parzy. Pojawia się czwarta. Bierze pudełko. W jej oczach widzę fale na ogniu.

Film jest zapętlony. Zasłaniam oczy.

— Ktoś ty? — mówię przez palce.

— Twoja miłość. Ta, co jest w Tobie.

 

Budzę się. Pościel przepocona. Słońce wysoko.