Dziecka dzień

zamknąć

Tik.

Tak.

Tik.

Tak.

Tyk.

Tak.

Tik tak.

Tyk tak.

Tak tyk.

 

Tyktkaczy taktyk w tani takt,

A tajniak tai tajny fakt.

Gdzieś Chińczyk także tai Chi,

Tarota Chichot stawia mi.

 

Raby rabin rozbrat daje,

Niemy medyk wolno taje.

Tany w tan, a Tantal tacet,

Gdzie się podział fajny facet.

 

Ene due rybie grabie,

Po co taki facet babie.

Śpi i sapie, mruczy, chrapie,

I po plecach nie podrapie.

 

Z trudem otworzyłem oczy i spojrzałem na regał. Barba* skakała przez skakankę.

 

Chochoł w kankan z kanką wraz,

Patrzy na mnie łysy głaz.

 

— Barbo! — jęknąłem zaspany.

— Od godziny cię budzę. — Barba przestała skakać.

— Ale… po co? — zdziwiłem się. — Przecież niedziela…

— Nie ziewaj! — Barba pomachała ręką przed swoją buzią. — Powietrze psujesz.

Zaczyna się – pomyślałem. Barba ma przypływ czułości.

— Czegoś ty się naczytała? — Wymamrotałem i przewróciłem się na drugi bok. — Jak tak ciebie słucham, to myślę, że Seneka miał rację mówiąc, że czytanie burzy spokój umysłu.

— A nie Aureliusz czasem?

— Wsiorawno.

— Oj nie! To ważne! Przecież my jesteśmy…

— Barbo! — jęknąłem błagalnie i zakryłem się kołdrą. — Co cię napadło tak z rana w niedzielę?

— Dziś jest dzień dziecka i chcę się bawić — Barba zrobiła swoją ulubioną minę rozkapryszonego bachora.

Poczułem duży ciężar na nogach. Poderwałem się i zderzyłem z oddechem psicy. W jej oczach przeczytałem: wstawaj, sikać mi się chce. Opadłem na poduszkę i patrzyłem w sufit.

— A czy z okazji dnia dziecka mógłbym pospać jeszcze troszeczkę? — Brak wiary był w głosie aż nazbyt wyraźny.

— Młodość jest potwornie ciężkim przypadkiem i już masz to za sobą, wstawaj! — Barba wołała zza „Twórcza aktywność” dziecka. — Do roboty! Późno już!

Psica stanęła nade mną i ziała: siku!, a kropelki śliny z jej różowego jęzora skapywały mi na policzek.

— Ludzie! —żałośniłem. — Jest niedziela!

 

Na patio było pusto, jakby wszystkich wywiało za miasto. Zwykle jest tu pełno dzieciaków wrzeszczących bez umiaru. W kościele siedzą? – pomyślałem. Poszliśmy na wał. Pusto. Niebo zasnute gęstą śmietaną nie zdradzało słońca. Chłód wdrapywał się na skórę każdym zakamarkiem. Włożyłem koszulkę w spodnie i podciągnąłem suwak w spodniach. Postawiłem kołnierz bluzy, zapiąłem guziki pod samą szyję, smycz zarzuciłem na szyję, ręce schowałem w kieszeniach. Szedłem ziewając i wiodąc wokół nieprzytomnym spojrzeniem. Psica radośnie skubała trawkę, czytała i zostawiała wiadomości dla współbraci, a ja im mocniej się trząsłem, tym większego podejrzenia nabierałem. Coś mi się nie zgadzało. Za zimno, za spokojnie, za pusto. Barwa światła zastanego wzbudzała we mnie sprzeczne uczucia. Przypomniało mi się, jak kiedyś, kiedyś, wymykałem się z łoża mojej przyszłej żony przed przyjazdem jej siostry – światło i chłód były podobne. Ale… to było dawno i nikt nie mówił o efekcie cieplarnianym; chyba że podkołdernym.

Doszedłem do utwardzonego zejścia nad rzekę i nadal nikogo nie spotkałem. Na brzegu wędkarz rozkładał wędzisko i wytrzeszczył na mnie oczy.

— A pan spać nie może? — zawołał rozbawiony.

Odpowiedziałem mu dzień dobry i poszliśmy dalej wzdłuż brzegu. Bobry pokonywały nurt płynąc do swych domów, ospale, zapewne z pełnymi brzuchami. Kaczki leniwie stawiały opór rzece i kiwały łebkami. Ptaków jakoś nie słyszałem, więc pewnie będzie padać – pomyślałem.

Zatrząsłem się z przejęciem, zawołałem psa. Czas wracać. Chyba się rozbudzałem, bo zaczęło mi coraz bardziej jaśnieć w oczach. W domu postawiłem ekspres ciśnieniowy na kuchence i słuchałem przyjemnej jego pieśni. Syn spał w najlepsze, a ja ziewałem i nasłuchiwałem końca ostatniej zwrotki. Nalałem brunatnej cudowności do ulubionego kubka i poszedłem do pokoju. Włączyłem komputer, zapadłem się w fotel. Pociągnąłem łyk kawy i odruchowo spojrzałem na zegar. Zakrztusiłem się i rozkaszlałem, gdy dotarło do mnie, co zobaczyłem. Spojrzałem jeszcze raz: piąta czterdzieści. Pies położył się przede mną brzuchem do góry, komputer zanucił powitalną melodię okienną, a Barby ani słychu ani widu.

— Barbo! — zawołałem wściekły. Nic. Cisza.

Podszedłem do regału i zacząłem odsuwać książki. Za „Byłem kamikaze” leżał Mójboże. Spojrzał na mnie z wyrzutem.

— Spać nie możesz, człowieku? Niedziela jest przecież — ziewnął i nakrył się artykułem o współczesnych poganach.

— Gdzie jest Barba? — spytałem zły.

— Bądź dobrym dzieckiem i idź spać, dobra? — Mójboże nakrył głowę gazetą i zamlaskał.

Nu, pagadi! – pomyślałem i pogroziłem Barbie palcem.

 

Stanąłem w oknie i wzniosłem kubek z kawą. Urbi et orbi.

— Wszystkiego dobrego dużym i małym — powiedziałem i wypiłem do dna.

Włączyłem sobie na yuotubie filmy o Kubusiu Puchatku. A co! Dzień dziecka w końcu jest, nie?

 

Warszawa, 1 czerwca 2014 r.

 

==========================

*Jeśli nie znasz postaci „Barby”, zajrzyj na Baba z półki i następne w kategorii Baba.