Czas

czas

 

Bardzo proste postawiłem sobie zadanie: nagrać szum lasu iglastego. W poszukiwaniu kryształowej mowy igieł, w towarzystwie  mikrofonu i rejestratora, zanurzałem się coraz to mocniej w gęstwiny, pozostawiając cywilizację samą sobie. Gdy już znalazłem to właśnie miejsce, rejestrator zagadał do mnie mniej więcej tak: masz zapasową baterię? bo na tej się nie da pracować. Zapasu nie miałem, więc westchnąłem z politowaniem nad swoim profesjonalizmem, wzruszyłem ramionami, uśmiechnąłem się i, wolny od zadania, skręciłem na zachód, by chociaż przez chwil kilka stać się częścią lasu, bez zobowiązań.

Idąc wąskimi ścieżkami, które znam od dziecka, przywoływałem obrazy, dźwięki, zapachy sprzed lat. I dobrze mi było. Tą drogą jeździłem z synem na rowerze, tamtędy szalałem na swojej juniorskiej kolarzówce, to drzewo pamiętam, tamto też, tu był dąb, tam starodrzew sosnowy, tędy jeździłem z dziadkiem na ryby, a tu spotkałem kiedyś rodzinkę dzików, tam mnie leśniczy złajał za puszczanie psa bez smyczy… A tu dwadzieścia lat temu był wielki pożar. Teraz jest zagajnik brzozowy. Opuściłem ścieżkę i wszedłem między smukłe drzewa. Piękności! Bosko!

To jest raj? Nie tak jest w księgach. Spisujący głos wyobrażali go sobie na swoje potrzeby, adekwatnie do czasu i miejsca, w którym przyszło im żyć, tęsknić, bać się, myśleć, marzyć i… cierpieć. Raj to nagroda za cierpienie. A czym jest cierpienie? Kto je definiuje? Księga? Ogół? Skoro jednym to, co dla innych jest cierpieniem, daje poczucie szczęścia, dyskusja na ten temat nie ma większego sensu. Każdy z nas ma tę moc, która pozwala mu na samodzielną definicję. To my decydujemy, czym jest. Więc czemu akurat raj miałby być nagrodą? Nie, nie chcę cudzych nagród, nie chcę cudzego raju. Chcę swój, na moją miarę i moje potrzeby. I nie potem. Teraz. To ja definiuję, bo to ja czuję. Czy bogowie istnieją czy nie, wszyscy jesteśmy ich niewolnikami, pisał Pessoa, ale to nie znaczy, że musimy godzić się na ich pomysł na życie.

Wsłuchując się w rozmowy brzóz z wiatrem, poczułem, jak smutny nieład moich myśli rozczesuje się, jak wietrzy się wnętrze mojego ciała. Zrozumiałem, że teraz pora na czas inny. Nie wiem, ile go mam, chciałbym sam o tym decydować, ale ten czas będzie mój. Oczywiście nie tylko i wyłącznie, ale przede wszystkim.

Wracam z lasu. Wchodzę na poddasze, nowe miejsce na świecie, moje. Nastawiam wodę na herbatę i czekam, bo gaz płynie tu znacznie wolniej. Wchodzę pod prysznic – woda w kabinie snuje się, jakby wbiegała na wielką górę. Staję z kubkiem pod oknem połaciowym i patrzę na chmury, które powoli przepływają nad głową. Wszystko tu płynie wolniej.

— Ale płynie — powiedział Pan Tarei.