Ciężar wagi problemu

 

 

Dżyzys, jak ja go nienawidzę. W życiu nie miałem tak upierdliwego. Umarłego by obudził. Poprzednich też nie kochałem. Co prawda często ich nie słyszałem, ale były subtelniejsze, bardziej… wyrozumiałe. Czy nie mogłyby mnie budzić ptaki? Nie, lepiej nie, bo bym je wystrzelał. Więc co? Jakie rozwiązanie? Lepiej już ten jazgoczący budzik, przynajmniej mogę na niego zrzucić winę za niewyspanie.

      — Jakbyś się kładł wcześniej, to byś się wysypiał — powiedziała Barba bez współczucia. Stała przed lustrem na półce regału z książkami, przyglądając się swojej figurze. Barba jest malutka, mieści się w mojej dłoni, ale apetyt ma wręcz wilczy. (Przypomnę czytelnikom, że to postać fantastyczna, a jej początki znajdziecie w tekście „Baba z półki” –  http://facetbuk.pl/baba-z-polki/)

      Pewnie, że ma rację, ale co to za życie kłaść się spać przed północą?

      — O Mój Boże! — zawołałem przed swoim lustrem w łazience.

      Facet przede mną przypatrywał się mi z wyraźnym niesmakiem. Włosy miał za długie i rozczochrane, oczy podkrążone, głębokie bruzdy wokół nosa, usta wygięte dziwacznie, przebarwienia na policzkach i skroniach. Co za okropny typ! Kto go tu wpuścił? Ja? Gdzie się podział mój rozum? Może jeszcze śpi?

      — Czas iść do fryzjera — jęknął facet w lustrze.

      Znowu? Kurde, czy nie można by tak raz pójść, solidnie dać się ostrzyc i mieć spokój? Po cholerę tyle łazić? Może by ktoś wymyślił domową maszynę do strzyżenia? Taką, żeby włożyć głowę do środka i po minucie włosy elegancko przystrzyżone. Ale byłoby fajnie. Przysuwam się bliżej lustra, uderzam palcami nogi o szafkę. Ja pier…, ale boli! Co? Pazurki za długie? Znowu? Czy nie można tak raz a porządnie obciąć i mieć spokój? Co to za życie!? Fuck. Zaburczało mi w brzuchu. Wieczorem nie jadłem kolacji, więc… wiadomo. Znowu robić śniadanie? A nie można by tak… Jeśli rzeczywiście jesteśmy stworzeni na podobieństwo Boga, to albo z niego prawdziwy zwierzak, albo ktoś nam każe płacić za bujdy.

      — Biedny Facet. — Barba kręciła głową.

      — Patrzcie no — powiedziałem z drwiną. — Baba litościwa się znalazła.

 

      Kawa za królestwo! O, to może być codziennie. Uwielbiam śpiew ekspresu na ogniu, drżę z podniecenia, gdy charczy radośnie, wypluwając cudowności nad cudownościami do górnej części. A potem brązowy kubek, cukier, fotel, papieros. Tak – to może się powtarzać codziennie. Po to warto żyć.

      Gorące powietrze na udzie – pies zieje, dając mi znać, że już czas na spacer.

      — Moje ty kochane psisko malutkie — mówię i całuję malamuta w kufę. Uwielbiam zapach jej pyska między nosem a oczami. To też niech się nie kończy. — Zarrraz idziemy — mówię i już pies radosny.

      — No tak — Barba się wtrąca. — Do mnie to nigdy tak nie powiesz.

      Przewracam oczami, biorę psa na smycz i wychodzę.

      W lesie spotykam kobietę z pieskiem, a raczej z przekąską, bo czyż yorka można nazwać psem? Jedno kłapnięcie mojej psicy i po yorku. Kobieta: na lewe oko (- 1) przed dwudziestką, na prawe (-0,25) po trzydziestce, wysoka, zgrabna.

      — Hau hał — witam się z właścicielką psa.

      Na jej wypielęgnowaną twarz wdziera się przerażenie. Sztywnieje, nie wiedząc jak ma zareagować.

      — To takie pozdrowienie psiarzy. — Tłumaczę. — Na wyspach brytyjskich mówią łof łof, na reszcie kontynentu hał hał. — Kobiecie rosną oczy. — A w Stanach mówią: hałdujudu hał hał.

      Kobieta bierze psa na ręce i ucieka. Rety, ale miała minę! Za takie coś nie da się zapłacić żadną kartą płatniczą.

      Po powrocie ze spaceru biorę prysznic. Heh, to kolejna rzecz, która może być codziennie, myślę wcierając szampon we włosy. Facet w lustrze wyglądałby lepiej, gdyby nie ten brzuch. Od lat słyszę, że jestem za chudy, ale dobrze mi z tym wychudzeniem. Niedawno, na papierosie w przerwie nagrania, wyszliśmy z Albertem i postanowiłem się rozciągnąć. Stanąłem na skraju krawężnika i zrobiłem skłon, dotykając czubkami palców asfaltu.

      — Musisz mnie wkurzać? — powiedział Albert.

 

      Nagi idę do pokoju zważyć się. Rozpakowuję nową wagę. Poprzednia się popsuła, ale kiedy ostatnio z niej korzystałem,  pokazywała siedemdziesiąt jeden, co przy wzroście prawie sto dziewięćdziesiąt centymetrów może dawać wrażenie wychudzenia. Była kupiona w czasach, gdy najtaniej znaczyło najsensowniej, no bo po co kupować droższą, skoro i tak jestem za chudy? Barba częściej kontrolowała swoją wagę, gdyż uwielbia cukierki i czekoladę, a przy jej wzroście każdy kilogram nadwagi widać szczególnie. Wkładam baterie, stawiam na podłodze w pokoju, wchodzę. Osiemdziesiąt dwa? I po co ja tyle w siebie wpychałem!? Koniec z przejadaniem się. I dobrze, będę miał więcej pieniędzy na lepsze używki. Chociaż, w sumie, to cieszę się, że ważę więcej, niż myślałem. Czas tylko zamienić tłuszczyk z brzuszka na mięśnie w udach. Tylko, że… Czy mi się będzie chciało? Merde, czy nie można by tak raz zrobić jedno ćwiczenie i mieć to na zawsze z głowy?

      Wracam do łazienki umyć zęby. Nie można by tak raz… Nagle z pokoju dochodzi mnie kobiecy wrzask. Cholera, nie pomyślałem, trzeba było schować wagę, Barba by na nią nie wlazła.

 

Warszawa, październik 2017.