Babie lato, Babia jesień

14494645_1294704417228718_933436628805621561_n

 

Opowieść fantastyczna.

 

Osoby:

Facetbuk

Barba – mała, nie większa od dłoni, żyjąca na regale z książkami w pokoju Facetbuka, bohaterka kilku miniatur

Kot Fantazyl – kot z fantazją

 

To ma być wrzesień? Godzina osiemnasta, dwadzieścia siedem stopni. Słońce wściekłe. Tuż nad wodą wisi, a jeszcze skwierczy. A tak chciałem posiedzieć sobie cichutko, kocem opatulony, w rześkości zanurzony. Swój najlepszy zestaw rozczulania się nad sobą wyjąć, poroztkliwiać się, zasmęcić co nieco. Tak wczesnojesiennie pobyć. I babie* pokazać babie lato. Żeby miło było… Szajse!

Posadziłem Barbę w cieniu, bo to przecież mól książkowy. Ba! Mól nad mole! Co prawda wymyślona, ale gdy się kogoś powołuje do życia, w opowieściach fantastycznych zwłaszcza, dbać o niego trzeba. Zdjąłem koszulę i czekałem w cieniu na koniec dnia. Komary, zachwycone moim pomysłem, ssały. Pszczoły latały. Osy krążyły. Bąk buczał z boku. Założyłem koszulę, wyszedłem z cienia. Chusteczkami pot ścierałem. Plecy, ręce, nogi drapałem. Posyłałem słońcu zgryźliwe spojrzenia i siedziałem. Zęby zaciśnięte. Pięści też. Czekałem. Ognisko gotowe do rozpalenia, ale na razie tylko słońce paliło.

Barba wlazła na gałąź drzewa, usiadła i machała nogami.

― Więc to jest ta twoja rzeka ― powiedziała zapatrzona w wodę.

― Ta… ― bąknąłem.

― To tu przychodzisz?

― Ta…  ― zarzęziłem.

― Tu rozmyślasz?

― Ta… ― zazgrzytałem.

― Tu się kocisz?

― Ta…

Byłem zły? Wściekły! Barba patrzyła na mnie rozbawiona. Na jej twarzy pojawił się uśmieszek. Ten uśmieszek.

― I tu powstają twoje opowiadania?

― Ta…

― I krowy się tu pasą?

― Ta…

― I pchły latają w nosie?

― Ta…

― I tu sobie wydłubujesz oko?

― Ta…

― Potem turlasz je po piachu? ― Zaciskała nogi, brzuch i ręce, by nie wybuchnąć śmiechem.

― Ta… Co?!

Wybuchła. Spadła z gałęzi na piasek. Jakby miała konwulsje. Wzruszyłem ramionami. A niech się cieszy. Co mi tam, mam poważniejszy problem. Słońce nie chce zajść. Wisi ciągle w tym samym miejscu. Może to przez papierosy? Ile wypaliłem? Cztery. Cztery gwoździe czasu. Czasem łapię się na tym, że papierosem przygważdżam czas. Zatrzymuję. Papierosem świętuję chwilę, nastrój. Zawsze zapalam, gdy kończę pracę. Ale najbardziej lubię podsumować namiętność. Wtedy smakuje najwspanialej. Jedno i drugie.

― Sorki ― powiedziała Barba. Wstała i poprawiła sukienkę.

― Co ty dziś taka dowcipna? ― zapytałem. ― Od miesiąca byłaś jak owinięta w nostalgię. To przez jakąś lekturę?

Zamyśliła się. Spojrzała w górę, w lewo, w prawo, na mnie.

― Nie ― odpowiedziała.

― A dlaczego?

― To refleksje związane z przemijaniem.

― Smucisz się swoim przemijaniem? ― Uniosłem brwi ze zdumienia.

― Twoim.

― Aha. ― Naburmuszyłem się? Jak Barba? Cholera. Znów wierzga ze śmiechu.

O! Połowa słońca już za horyzontem. No proszę, z Barbą czas szybciej płynie. Odwróciłem się, by ją zawołać do stosiku drewna, ale buszowała w krzakach, bardzo czymś zajęta, więc nie zawołałem. Zapaliłem zapałkę i podłożyłem ogień. Trawa zajęła się szybko. Przyjemne skwierczenie, zapach. Płomienie lizały małe patyczki z rozkoszą, zachłannie. Lubię moment rozniecania ognia. Uwielbiam patrzeć na jego początki, to nienasycenie, wspinanie się, pochłanianie. Zapalczywość. Jest taki młody, niesforny, dziki, żarłoczny. Trzeba mu pokazać drogę, dmuchać, kształtować, podsycać. Potem już jest spokojniej. Jest dojrzalszy. Stabilny. Nie brak mu jednak namiętności. Ogarnia konary, smakuje je, jakby porywał do tańca. A gdy już będzie całkiem dojrzały, nic nie straci na pasji. Wystarczy mu pozwolić, dodać czegoś, a będzie zmysłowy i gwałtowny. Wybuchnie dużym płomieniem, żarliwy, mocny, uwodzicielski, zniewalający, pożądliwy. Można się nim ogrzać jak w dobrym słowie, uwielbieniu, miłości. Nie wolno być za blisko, wiadomo, można się sparzyć. Trzeba zachować dystans, przestrzeń. I ten ogień ostatni, dogasający. Ta chwila, gdy trzeba już pozwolić, by się dopalił, albo pomóc mu odejść. Koniec. Zalać wodą, zasypać piachem. Zdusić. Zadusić. Smutna chwila. Trzeba ją przeżyć, zapomnieć, iść dalej. Zachwycić się nowym ogniem, nową zapalczywością. Dopóki nas nie zasypią.

Dołożyłem większe gałęzie. Pozwoliłem ogniowi dojrzeć. Nabierał stabilności, dostojności. A gdzie Barba?

― Gdzie jesteś, Babo? ― zawołałem.

― Zaraz przyjdę. ― Usłyszałem.

Zza krzaków doszedł nie tylko jej głos. Mocno coś szurało? Szemrało? Coś jakby łamanie patyków? Co ona znowu kombinuje? Często zachowuje się jak niesforny bachor. Same kłopoty? Przesada. Ale są. Sprawia. Barba sprawcza. Taka już jest. Co poradzisz? Kochaj, albo rzuć. Z Barbą życie trudne, bez niej też. Więc z dwojga… Zaraz… Czemu czuję drętwienie w nogach? Siedzę wygodnie. Nawet nie po turecku. Język też jakiś nieposłuszny. Plecy sztywne. Co jest? Udar?

― Sie ma, Facet. ― Na Buddę siedzącego! Tylko nie on!

Kot Fantazyl** przysiadł obok. Gwałtownie podniósł łapę do pyska, wydłubał z pomiędzy poduszek patyk i splunął nim do ognia. Nerwowo rzucił ogonem. Uśmiechnął się?  Odepchnął się przednimi łapami, przeturlał przez ogon i oparł grzbietem o konary na ognisko. Wydął pokaźny brzuch. Patrzył na mnie. Kpiąco? Takie miałem wrażenie.

― Co palisz? Winstony? Nie Lucky-ie? Może być. Kopsnij.

Czym on hipnotyzuje? Moje ciało jest posłuszne jemu, nie mnie. Chwytam paczkę papierosów, wyciągam w jego stronę, choć wcale nie chcę.

― Sam sobie przypalę. ― Brzuch mu się zatrząsł. I z czego się śmieje? No tak, domyślam się, jaką muszę mieć minę. ― Nie będę cię fatygował.

Chwycił tylną łapą małą gałązkę z ogniska, przysunął do papierosa, przypalił. Zaciągnął się, przytrzymał chwilę dym i z rozkoszą, powolutku wypuścił. Gałązkę odłożył do ognia.

― No, co tam u ciebie? Jak kobitki? Jak życie?

Barba! Gdzie ona jest? Czy bezpieczna? A może ją znalazł i pożarł? Kręgosłup nieco sztywny, ale rozejrzałem się przerażony. Barby nie widać. Spojrzałem na Fantazyla. Śmiał się? Pożarł! Zjadł mi Barbę! Moją koch… Kochaną? O! To w takich chwilach wyłażą uczucia z człowieka?

― Co się tak rozglądasz. Jest tutaj twoja kotka? ― Fantazyl rzucił łbem w lewo, w prawo, za siebie. Wzruszył ramionami? Zatrzymał wzrok na mojej torbie. Wystawała z niej butelka. ― Flaszka? ― Włączył autofocus. ― Flaszeczka? ― zamiauczał. ― Masz flaszeczkę? ― Ślinka mu ciekła. ― Naprawdę? ― Podniósł się. ― Jaki ty słodziak jesteś. ― Wyciągał butelkę z torby. ― Dziki indyk? ― Miną również wyraził zdziwienie. ― Bourbon? ― Patrzył na butelkę. ― Na psy schodzisz, Facecie. ― Zdjął nakrętkę. ― Nie spodziewałem się. ― Porządnie wychylił. ― Chociaż… ― Beknął. ― Bo ja wiem?… ― Popatrzył na butelkę. ― W sumie… ― Usiadł. ― Czemu nie? ― Oparł się o drwa. ― Może być. ― Zamknął oczy. ― Działa. ― Uśmiechnął się?

Gdzie jest Barba? Co się z nią dzieje? Rzucam przerażonym spojrzeniem najdalej jak mogę. Nasłuchuję. Nic. Pożarł ją? Chyba nie, bo by nie pytał, czy jest, tylko, czy moja była. Dedukcja, drogi Watsonie! Nie zjadł jej. Więc? Gdzie jest?

Gwizd. Przeraźliwy, przeciągły. Ciarki na plecach. Fantazyl zagwizdał ponownie. Prawie podskoczyłem.

― Ech Facet, Facet. ― Pochylił się, przednią łapą wsparł się na tylnej, a raczej dolnej w tej pozie. ― Jest flaszka, jest impreza. ― Znów się śmieje?

Zza krzaków wyszedł kot. Czarny. Duży. Po chwili kolejny, podobny. I jeszcze jeden.

― Co tam? ― zapytał pierwszy.

Fantazyl zakołysał flaszką przed nimi. W ślepiach kotów zabłysły płomienie radości. Rozsiadły się. Flaszka krążyła z łap do łap. Gardła otwierały się i zamykały. Beknięcia. Mruczenie. Mruczki się znalazły, psiamać. To moja flaszka – chciałem krzyknąć, ale nie mogłem. Płakałem i patrzyłem, jak obniża się poziom trunku i manier.

― A gdzie Precel?  ― zapytał Fantazyl.

Koty tępo spojrzały po sobie. Patrząc, robiły głupie miny, mlaskały. Fantazyl pokręcił głową z niedowierzaniem. Zagwizdał głośniej. Gałęzie krzewu poruszyły się. Po chwili wyszedł czwarty kot, czarny, duży. Na jego grzbiecie siedziała Barba, ubrana w strój Baby Jagi, a może innej wiedźmy z bajki. Na głowie kapelusz ze szpiczastym czubem, płaszcz do kostek i miotła w dłoni. Wyglądało to na karykaturę rycerza na za dużym koniu z roztrzaskaną piką. Więc żyje! Co za ulga! Barba moja koch… Znowu?

Barba zsiadła z kota, stanęła w rozkroku przed kotami. Wszyscy byli wstrząśnięci. Czy zmieszani? Nie. Czekali. Byli sztywni. Jak ja. Przymknęła powieki, pstryknęła palcami i koty zmiękły. Ja nie. Wredna Barba, zapomniała o mnie. Zaraz pewnie z kotami zacznie się ze mnie nabijać. Już ją taką poznałem. Spojrzała na mnie. Uśmieszek. Tak, właśnie ten uśmieszek. Westchnąłem. Barba patrzyła mi w oczy jeszcze przez chwilę, potem zmieniła uśmieszek na uśmiech. Serdeczny? Uderzyła trzonkiem miotły w ziemię i czar koci puścił. Odzyskałem czucie w nogach, plecach, język w gębie. Nie odzyskałem spokoju. Znów uderzyła miotłą o ziemię. Koty wstały. Po kolejnym uderzeniu stanęły na tylnych łapach. Jak dzieci w kółku graniastym, chwyciły się za łapy i zaczęły tańczyć wokół ognia. A może jak Indianie?

Barba chwyciła flaszkę i sapiąc, przyciągnęła ją do mnie.

― Masz Facecie, napij się ― powiedziała. ― W taki dzień warto, trzeba.

― Taki? ― Nie bardzo rozumiałem, co takie szczególnego jest w tym dniu.

― Ekwinokcjum. Początek jesieni. Magiczny dzień, Facecie.

Jak zaczarowany podniosłem butelkę do ust i łyknąłem sobie. Faktycznie – przesilenie.

― Ekwinokcjum? ― spytałem, gdy dotarło do mnie to łacińskie określenie. ― Spałaś z Kopalińskim?

― To mój ulubiony kochanek. ― Zaśmiała się. ― Chodź! ― Machnęła na mnie. ― Pora ognia i tańca.

Tańczyliśmy przez godzinę, może mniej. Każdy, jak umiał, wyginał się, podskakiwał, pohukiwał. Dorzucałem do ognia. Urósł pięknie. Był pełny, dojrzały. Barba, na miotle, poleciała na drzewo, usiadła na gałęzi i obserwowała z góry taniec kotów. Ja siadłem z boku. Pociągałem sobie z butelki, patrząc na ogień i koci krąg.

Krąg. Cykl. Życie. Ogień. Przesilenie. We mnie? Świata?

 

Dołożę do ognia. Nie czas jeszcze na sypanie piachem.

Krąg kolejny. Niech będzie lekki.

Niech będzie następny.

 

Warszawa, 15 października 2016


* Jeśli nie znasz postaci „Barby”, zajrzyj na Baba z półki i następne w kategorii Baba.

** Fantazyl pojawił się po raz pierwszy w opowiadaniu pod tytułem Kot Fantazyl