Baba z półki

Baba2

 

Ponoć mężczyźni noszą w sobie kobietę. Rozmawiają z nią, radzą się jej, przywołują w chwilach smutku. Taką idealną. Czyli jaką? Wszak ilu mężczyzn tyle ideałów. Różnice tkwią w szczegółach. Zapytałem siebie, czy ja też powinienem taką mieć? Choćby tylko w myślach. Kobietę idealną. Po namyśle stwierdziłem, że nie. Kobieta idealna szybko się nudzi. Więc jaka? Typowa? O, to jest wyzwanie! Taką powołać dożycia, to pomysł wart wysiłku. Tylko jak to zrobić? Mam się zabawić w magika i pstryknąć palcami? Albo podejść na ulicy czy w kawiarni do jakiegoś faceta i wyrwać mu żebro? Bo sobie nie odejmę, na pewno. Zmyślona, nie zmyślna, powinna być jak najbardziej typowa. Tak.

Wyobraziłem sobie, że ziemia to wielki kocioł, że biorę ogromną łychę i mieszam. Potem wkładam rękę do środka, macam i wyciągam jedną, na chybił trafił. I tak też zrobiłem. Wymieszałem, wymacałem, złapałem i wyjąłem. Wierzgała, gryzła, drapała, od ostatnich oraz barbarzyńców wyzwała, a potem padła zemdlona z wyczerpania. Była ruda i drobna, nie większa niż moja dłoń. Dużo uroczych piegów. Dojrzała, ale nie stara. Bardzo ładna. Nazwałem ją Barbarą, w końcu nazwała mnie barbarzyńcą, wiec niech ma. A może po prostu Baba? Barbi? Barba? Później pomyślę.

– Więcej mi nic nie trzeba. Wspaniała! – pomyślałem.
Wciąż nieprzytomną, położyłem na półce między książkami. Pomyślałem, że dam jej spokój. Niech dojdzie do siebie.

 

Kilka dni później, siedziałem przy biurku zmęczony kolorytem dnia. Nic mi się nie chciało, nawet zrobić sobie herbaty. Patrzyłem na regał z książkami przed sobą i zastanawiałem się, co zrobić z ciemniejszą częścią dnia. Wodziłem bezwiednie wzrokiem i w końcu zatrzymałem się na Barba. Siedziała znudzona na półce. Kręciła wokół palca swe rude włosy i patrzyła na mnie.
— No nie! — zakrzyknęła. — Zobaczyłeś mnie!
Uśmiechnąłem się do niej.
— O o! — Wystraszona Barba szybko się podniosła i schowała za Rabelaisem. — Nie wiem, co ci chodzi po głowie, ale lepiej nie zbliżaj się do mnie.

Miała na sobie letnią długą sukienkę i buty idealne na wycieczki po górach. Szyję osłaniała zrolowana chusta. Wyglądała dziwnie, ale mi się podobała w tym stroju. Wyciągnąłem po nią rękę. Barba przebiegła za „Nigdziebądź”, łypnęła strachliwie. Pobiegła jeszcze kawałek i weszła za okładkę „Jadąc do Babadag”.

— Bo zawołam Pantagruela! — krzyknęła Barba, grożąc palcem.
— A róbta, co chceta! — odezwał się Pantagruel.

Zdjąłem z półki dzieło Stasiuka i na blat biurka wypadła Barba. Chyba sobie skręciła nogę, bo krzyknęła i złapała się za kostkę.

— A ty co? — powiedziałem cicho. — Gwiazda? Znaczy z nieba?
— Jak mnie nie zostawisz w spokoju, to zamienię się w pył, zobaczysz!

Wyciągnąłem do niej rękę, a Barba na czworakach zaczęła uciekać pod monitor. Nawet zdążyła się podnieść i zrobić kilka kroków, ale kulejąc, nie miała szans uciec. Złapałem ją i delikatnie objąłem palcami, żeby mi się nie wyśliznęła, bo jeszcze jakąś poważną krzywdę sobie zrobi. Była czupurna, szarpała się, próbowała odgiąć palec, ale że nie dawała rady – ugryzła. Odruchowo otworzyłem dłoń, wypadła. Złapałem drugą ręką.

— Barbo! — krzyknąłem na nią. — Przestań się wyrywać. Uspokój się.

Zrobiła minę obrażonego bachora i odwróciła głowę. Otworzyłem dłoń i zacząłem się jej przyglądać. Łypała od czasu do czasu na mnie, ale nadal była obrażona. Dotknąłem jej głowy. Uchyliła się. Szturchnąłem w plecy palcem, wygięła się lekko. Wziąłem w palce brzeg jej sukienki.

— Ani się waż, King Kongu! — krzyknęła oburzona i obciągnęła sukienkę. — Gdzie mi zaglądasz, zboczeńcu?! Barbie se kup albo dmuchawca w sexszopie!
— Przepraszam — odpowiedziałem zawstydzony. — Chciałem poprawić ci sukienkę, bo się zawinęła.
— Tratata! Takie numery to z Brunerem. Ja się nie dam nabrać… Zboczeniec! — odpowiedziała i odwróciła się do mnie tyłem naburmuszona.

Posadziłem ją na blacie biurka. Podniosła się i wskoczyła na klawiaturę, celując nogami na Alt i Ctrl, zaś ręką chciała wcisnąć Del, ale straciła równowagę i nie udało się jej. Ręka ugrzęzła między Del a End. Stała z wypięta pupą w moją stronę i z całych sił próbowała uwolnić rękę. Gdy dotarło do niej, w jakiej jest pozie, zamarła i wolno odwróciła głowę. Zobaczyłem jej wielkie oczy, z których przerażenie wylewało się wiadrami. Usiadła szybko przy klawiszu Del, znów naburmuszona.

— Może byś łaskawie coś zrobił? — zaskrzeczała. — Krew mi nie dopływa do dłoni i za chwilę będziesz miał nie babę a gangrenę! — powiedziała z pretensją i groźbą w głosie. Oniemiałem na chwilę, bo żaden z aktorów, z którymi pracowałem tak nie potrafił. — No?!
— A będziesz grzeczna?
— Nigdy nie byłam i nie zanosi się na poprawę.
— Aha. To co zrobisz, jak cię uwolnię?
— Jeszcze nie wiem.
— Może głodna jesteś? — zapytałem, uwalniając jej rękę.
— Nie, dziękuję. Zjadłam trzy suszone muchy, które znalazłam w „Opowiadaniach” Faulknera – fuknęła.
— Daj mi swoją rękę.
— Szybki jesteś! Nie pochlebiasz sobie zanadto?
— Chciałem obejrzeć, czy się nie zraniłaś?

Wydawało mi się, że wyjąłem z ludu miast i wsi najbardziej typową kobietę świata, a tu proszę jaka niespodzianka. A właściwie… jaka jest typowa kobieta? Nie ruda? Nie w górskich buciorach? Nie złośliwa? Bez piegów? Barba jest bardzo oryginalna, ale może ma w sobie jednak jakieś typowe cechy wszystkich kobiet?

— O czym ty tak myślisz, że aż ci się uszy ruszają? — Złośliwie uśmiechała się Barba, machając uwolnioną ręką.
— Uszy?
— Nos też. — Usiadła na brzegu klawiatury i odwróciła się do mnie bokiem. Włożyła dłonie pod uda i machała nogami. Rozglądała się, udając obojętność. — I zęby ci się ruszają.
— I gałki i …
— Nie — przerwała stanowczo. — Patrzysz tępo. Nic więcej ci się nie rusza. — Podciągnęła nogi i objęła je rękoma.

Usiadłem w fotelu. Oparłem głowę na dłoniach i wpatrywałem się w Barbę. Głowa o bardzo ładnym kształcie. Lekko zadarty nosek. Piegi niesymetrycznie rozsypane po całej buzi. Ładne dłonie. Szczupła, smukła. Proporcjonalna budowa ciała. Właściwie, gdyby nie rudowatość i piegi, to… typowa kobieta. Ale według czyjego typu? Mojego? Zaczerpniętego z doświadczenia, czy może z milionów śmieciowych informacji, jakie mój mózg codziennie chłonie?

— Z głowy dym ci się unosi. — Kąsała niby mimochodem. — Zaraz mózg ci się zlasuje, a gały rozsynchronizują.

Jaki ona ma cięty język! – pomyślałem. Złośliwość to cecha ludzi inteligentnych. A z inteligencją u kobiet, to… to… tak samo jak u facetów, różnie. Ale przeciętna kobieta jest… No tak, jak przeciętny mężczyzna. Czyli, co? Mamy tu przeciętnego, typowego człowieka? Dwoje typowych ludzi? Oj, nie. O mnie zawsze mówili, że jestem nietypowy. Chyba, że starali się być uprzejmi i nie mówili…

— Masz coś do picia? — Wyrwała mnie z zamyślenia.
— A na co masz ochotę?
— Woda, niegazowana. Tylko nie z kranu!
— Nie dałbym ci wody z kranu. No coś ty! — Byłem oburzony.
— A cholera cię wie. Dziwny jesteś.

Przyniosłem wodę. Popijała sobie spokojnie, a ja wróciłem do rozmyślań. Jak to w końcu jest z tą typową współczesną kobietą? Czy Barba ma coś z niej w sobie? Jeśli tak, to warto pogadać i dowiedzieć się czegoś o świecie kobiet. Przecież dla każdego mężczyzny to inny świat. A czy istnieje współczesny wzór? Jeśli tak, to ile ma lat, wzrostu? Czy to możliwe w ujęciu socjologicznym? A może antropologicznym? Psychologicznym? Co robi typowa kobieta? Nigdy nie ma w co się ubrać? Ciągle się odchudza? A może odwrotnie. Pożera książki? I słucha dobrego jazzu? A może…

— Na półce została moja torebka. — Barba kiwnęła głową w stronę półki.
— Rozumiem, że mam Ci ją podać, tak?
— Bardzo jesteś inteligentny. — Złośliwie zmieniła głos.
— To? — zapytałem zdziwiony. Była tam torba wielkości plecaka, więc nie byłem pewny.
— A jest tam inna damska torebka? — Barba była wyraźnie poirytowana.
— To jest torebka?
— A co, plecak?

Podałem jej torbę. Położyła ją sobie na kolanach i zaczęła szukać czegoś energicznie w środku. Przypomniałem sobie, że w radiu słyszałem dziś reklamę kremu na pięty. Dwie aktorki prowadziły dialog i każda z nich chciałaby mieć gładkie pięty. Jedna już ma, bo używa, a druga zaraz pobiegnie po ten krem. W reklamie telewizyjnej jedna ma długie rzęsy, a inna znacznie dłuższe i bardziej gęste, zawinięte w dodatku. I z brokatem jeszcze. Cellulitis jedna ma, a druga pokazuje gładkie uda po udanej terapii. Jedna leży z kamieniami na plecach, a druga z ogórkami na oczach. Jedna nosi biustonosz taki, inna śmaki….

— Nosz kurrrrr… — klęła Barba z głową w torbie.

Niedawno wszedłem do Rossmana kupić dezodoranty dla siebie i syna. Zdziwiłem się, że jest tak pusto i cicho. Gdy dotarłem do alejki, gdzie były szminki, tusz do rzęs, lakier do paznokci i inne upiększacze, nie mogłem przejść, taki tłok!

— Kurrrrr… — Cała głowa Barby była w torbie. — RRRRRRRR!

A jednak coś z typowej kobiety w sobie ma!

— Czego tak szukasz? — zapytałem.
— Szczotki do włosów i lusterka. Potargałeś mi włosy. Muszę się doprowadzić do ładu. — Głos dochodził z trzeciej przegródki od przodu.
Postawiła torbę na blacie biurka, wstała, pochyliła się i zanurzyła w niej połowę ciała. Wciąż zanurzona, zaczęła powoli kręcić się wokół osi… i nie wiem, czy torby, czy głowy. Przypominała mi Kubusia Puchatka z głową w baryłce, gdy starał się wylizać każdy centymetr ścianki naczynia.

— Masz cukerka? — zawołała Barba z torby.
— Cukierka?
— Tak, cukerka.
— Mam jakieś, a jakie…
— Jakie bądź.

Poszedłem do kuchni i zacząłem poszukiwania. Na pewno miałem, tylko gdzie ja je schowałem. Czekoladek nie mam, ciasta też nie, ale cukierki były. Chyba z jakiegoś eventu przyniosłem w kieszeni. Są.

— Może zostawiłaś w łazience? — podsunąłem myśl, kładąc trzy cukierki na blacie.
— Na pewno nie. Zawsze mam drugi komplet w torbie.
— To może wysyp zawartość torby.

Barba gwałtownie wyprostowała się. Przed włożeniem głowy do torby wyglądała ładnie. Teraz każdy jej włos miał swoją historię do opowiedzenia. Patrzyła na mnie oczyma bez wyrazu, kompletnie bez wyrazu, najmniejszego wyrazu, żadnego wyrazu. Potem znów zanurkowała w torbę i kręciła się w kółko.

— Nie pokażę ci, co noszę w torbie! To za intymne! — Chyba te słowa wydostały się z torby. Nie byłem pewny, bo gdy to powiedziała, była tyłem do mnie.

Zagłębiła się jeszcze bardziej i z torby wypłynęły dwie szminki, lakier do włosów, dwie paczki chusteczek higienicznych, paczka podpasek, notes i tabletka aspiryny. Ciekawe, co jeszcze ma w torbie? Po chwili pacnęła puderniczka. Wstałem i z łazienki przyniosłem dwustronne lusterko oraz mały grzebień.

— Barbo — powiedziałem cicho.
— Yyyy? — usłyszałem z wnętrza torby.
— Przyniosłem lusterko i grzebyk.

Barba wydostała się z torby niczym pajacyk z pudełka. Kołysząc się, spojrzała na mnie. Co ją tak zszokowało? To że przyniosłem jej to, czego potrzebuje, czy to, że mam takie rzeczy? Potem spojrzała na grzebień i znów na mnie.

— Ale ja nie mam futra na całym ciele! — wrzasnęła i skryła twarz w dłoniach.
— Och, babo Barbo. —Załamałem ręce. — Nie mam innego grzebienia. Ten jest najmniejszy.

Trąc oczy, szła do lustra. Stanęła przed nim, wycierając nos w rękaw. Potem spojrzała w lustro.

Najpierw ugięła nogi w kolanach, potem jej włosy w nieładzie nastroszyły się, stanęły dęba i zesztywniały. Chwilę później Barba wystrzeliła w górę, opadła na półkę przy „Historia szaleństwa”, pobiegła kawałek dalej i schowała się za „Między kłamstwem a ironią”. Bardzo zdziwiony wziąłem lusterko do ręki i na nie spojrzałem. No tak, typowy facet — pomyślałem.

— Oj, Barbo! — zawołałem. — Niechcący postawiłem lusterko stroną do zmiany soczewek. Przepraszam!
— Niechcący?! — usłyszałem stłumiony papierem głos Barby. — Kłamiesz! Wszyscy faceci to dranie i świnie!

No, teraz to Barby nie zobaczę przez miesiąc – pomyślałem smutny. Ale… pocieszające jest to, że chyba jest typowa. Usiadłem w fotelu i czekałem. Może jednak wyjdzie? Ale nie, nie wychodziła. Wstałem, by przymknąć okno i kątem oka zobaczyłem, że przemyka po półce za inną książkę.

Po kolejnych dwudziestu minutach czekania dałem za wygraną i poszedłem zrobić sobie i Baebie kolację. Pomyślałem, że fajnie jest móc znów karmić kobietę. Dawno tego nie robiłem. Uśmiechałem się, smarując masłem bułeczkę dla Barby.

Postawiłem kanapeczki i herbatę na półce, a sam usiadłem ze swoją kolacją w fotelu. Wziąłem książkę do ręki. Odwróciłem się bardziej bokiem do regału, żeby Barby nie krępować i zagłębiłem się w lekturze. Po kilku minutach kątem oka dostrzegłem, że kanapki zniknęły. Po kilku następnych doszło do mnie syczenie – pewnie herbata jeszcze gorąca. Po godzinie usłyszałem inne, bardzo dziwne odgłosy. Podszedłem do regału i wsłuchiwałem się zaciekawiony. Coś jakby sapanie? Wzdychanie? Z jakąś taką nutką zdziwienia, niedowierzania? Zachwytu?

Po kilku próbach zlokalizowałem miejsce, gdzie skryła się Barba. Odgłosy niosły się zza „Sekrety wielokrotnych orgazmów”.

— Hmmm, też mam słabość do tej książki — pomyślałem.

 

Warszawa, 7 lipca 2013

 

Warszawa, 7 lipca 2013