Anioł Coomaty, czyli ziemska metamorfoza

rr

 

Ech życie, życie… Nie ma co kryć, że…  no, nie układa mi się finansowo najlepiej. Krzywe to koło fortuny. Niby się kręci, ale nic z tego dobrego nie wynika. Chyba zwycięstwo jest na zakrzywieniu koła. A może czasoprzestrzeni?

— Ech, mój Boże  – westchnąłem. – Czemu mnie tak doświadczasz?

— Dałbyś mi spokój, co? –  odezwał się Mójboże. – Mów cicho, kaca mam.

I bądź tu człowieku bogaty!

 

Rzeka jest dziś spokojna, ale stanowcza. Nurt przepycha się między moimi stopami, szemrze coś w gałęziach zwalonego drzewa. Lotnicy znowu ćwiczą moją cierpliwość, krążąc nad wodą. Czy muszą w niedzielę? Cały tydzień mają na naukę, psiakrew. Diabli ich nadali.

— To moja wina.

Usłyszałem głos. Dochodził ze wszystkich stron, odbijał się echem, dudnił. Z niebios? Chyba nie Boga. Trochę zbyt młody. Kojarzył mi się z naburmuszonym chłopcem. Ale skąd? Kto mówi? Wokół nikogo. Niebiosa zwarte.

— Przepraszam.

Pojawił się. Na powalonym drzewie siedzi… Anioł? Przecieram oczy – Anioł. Mrugam – Anioł. Potrząsam głową – Anioł. Skulony, z opadłymi skrzydłami, smutny.

— To przeze mnie. — Wycierał nos rękawem. — Przepraszam.

Podałem mu chusteczkę. Zatrąbił. Odgłos niósł się dudniąco po całym terenie. Aż się skuliłem. Coś gdzieś gruchnęło albo mi się zdawało. Oczy miał mokre, usta w podkówkę. Spojrzenie zawiedzionego psa. Piękna choć smutna twarz. Młody, wielki, wspaniała prezencja, imponująca postura, gdyby nie ta rezygnacja.

— Mógłbyś wyłączyć reverb? — poprosiłem. Patrzył zdezorientowany. — Chodzi mi o pogłos. — Anioł sięgnął pod pachę. — I surround też, poproszę.

— Dolby stereo 5.2 — uśmiechnął się nieśmiało. — Siedem kanałów audio. Najnowsza wersja. — Znów posmutniał. — Taki tam… gadżet.

— Mówiłeś, że coś przez ciebie… A co konkretnie?

Oddał mi zmiętą chusteczkę. Co ja mam z nią zrobić? Przecież higieniczna jest. Anioł nie Anioł — jednorazowa. A, tak. Nie ma kieszeni. Rozumiem. Dobrze, ja schowam.

— Wszystko. — powiedział. —  Jestem twoim Aniołem, mam się tobą opiekować, wspomagać cię, ale… ale ja mało zdolny jestem. Źle mi idzie z tym anieleniem. Wciąż się mylę, nie to ci zsyłam, co powinienem… Kumasz? – Spojrzał. Ale smutny! – Przepraszam. — Pokręcił głową. Patrzył na rzekę. — Już w szkole było źle. Wciąż się spóźniałem albo zasypiałem na lekcjach, bo nudy straszne! Wierz mi. Przepychali mnie z klasy do klasy, żeby nie zaniżać średniej naszej szkole. Mówiłem, że się nie nadaję, że nie chcę. Ale oni, tam, na górze, nie słuchali. Gadali tylko wciąż o wstydzie, lenistwie… Krzyczeli na mnie, kręcili głową, skrzydła załamywali i przepychali. Potem na siłę przypięli mi te pióra i wysłali na praktyki do Starego, tak nazywaliśmy jednego z najbardziej doświadczonych nauczycieli. Starał się, bardzo, ale ja taki mało kumaty jestem i wciąż mi się wszystko myliło. — Spojrzał na mnie i rozpłakał się. — Przepraszam.

Biedny – roztkliwiłem się. Podałem mu chusteczkę. Dmuchnął z całych sił. Poleciała do wody. Gdzieś coś załoskotało w oddali. Starał się rękoma zetrzeć smarka ze spodni. Rozmazał. Mocniej się rozpłakał.

— No widzisz?! — krzyknął zeźlony.

Usiadłem obok. Objąłem go serdecznie.

— Nie jest aż tak źle. Przesadzasz. Sporo w życiu mi się udało. Hej. Usz… Skrzydła do góry. No!

— Mówisz tak, by mnie pocieszyć, a ja wiem, że jestem do d… — Zerknął w górę przestraszony – Do bani. Jutro złożę rezygnację. Rzucam tę robotę. Wkur… Wkurza mnie, bo wszystko nie tak. A ty zasługujesz na więcej. Mimo wieku.

— Dzięki — mruknąłem.

— O widzisz?! Ja zawsze muszę coś chlapnąć. Pier… chrzanię to. Zawiodłem cię. Może nie wiesz tego, ale ja to wiem. Nie nadaję się. Nie nadaję… — Płakał. Zgarbił się jeszcze bardziej.

— Uspokój się! — powiedziałem mocno, po męsku, ojcowsku. — Weź się w garść, do diabła! Dasz radę. Potrzebujesz czasu, żeby się doskonalić. Poddawanie się nic tu nie da. Masz misję i już. Co mógłbyś innego robić? Przecież jesteś Aniołem.

— Chciałem… — Chlipał. – Chciałem… — Spojrzał na chusteczki w moim ręku. Wyciągnął jedną i zatrąbił. Gdzieś coś się posypało. Mam nadzieję, że tynk, nie mur. – Chciałem zostać… piosenkarzem… – Rozpoczął ryczytal.

Biedny Anioł. Taki nieszczęśliwy. Chyba jest ofiarą systemu. Z czułością patrzyłem na dawno nieczesane skrzydła, brudne trampki, zaschnięty ketchup na suknie pod brodą. Pewnie kapnęło z hot doga – pomyślałem.

— Masz wspaniałą misję. Weźże się już wyprostuj, no! — Klepnąłem go w plecy. Pomogło. — A wypełniając ją, możesz śpiewać. Mnie to nie przeszkadza. — Spojrzał na mnie z niedowierzaniem. — Serio — powiedziałem. Znów oklapł. Nie uwierzył. Może śpiewa disco polo?

Nie wiedziałem, jak go podnieść na duchu. Westchnąłem bezradny.

— Te, Anioł! — Zrobiło mi się gorąco. Za mną stał Diabeł. Dłubał  w zębach końcówką ogona. — Show must go on, czaisz? — Beknął. — Nie jesteś może orłem, ale zmyły masz takie, że wydrapałem sobie kudły na dupie przez ciebie. — Podrapał się po zadku. — I nie pieprz, tfu!, nie pierdol mi tu o dymisji tylko wstawaj i do roboty. Jeszcze stracę przez ciebie premię. — Chwycił jeden pośladek, odchylił, wypiął się troszkę, cichutko pierdnął. — Pardonsik.

— Ty jesteś moim Diabłem? — spytałem.

— Mów mi Bubek. Do usług. — Wyciągnął rękę. Uścisnąłem.

Naszła mnie ochota, żeby zaciągnąć Bubka na piwo i pogadać, ale przypomniałem sobie o smutnym Aniele. Potrzebuje pomocy. Bubek może poczekać. A jeśli zniknie? I nie będę miał okazji pogadać? Ależ trudna sytuacja. Co mam wybrać? Kręci mnie perspektywa rozmowy z Bubkiem, ale trzeba zająć się biednym Aniołem! Czy zawsze trzeba wybierać między … a …

— Nie dam rady. — Pokręcił głową Anioł. — To nie dla mnie. — Wytarł oczy rękawem. — Zobacz, co mi dali. – Sięgnął do pochwy po mały zakrzywiony sztylet. —  Bali się, że mieczem zrobię sobie krzywdę. — Pociągnął nosem. — Albo narozrabiam na ziemi.

Spojrzeliśmy sobie z Bubkiem w oczy. Zaiskrzyło porozumienie. Usiedliśmy przy Aniele.

— Dobra, Anioł – powiedział. — Odbijaj, jako i ja odbijam.

Bubek wyjął coś na kształt terminala płatniczego, przeciągnął kartę. Potem sięgnął po flaszkę pieprzówki.

— Masz, napij się. — Zaproponował Aniołowi.

— Bubek! — krzyknąłem. — Czy ty aby nie przeginasz? — Powiedzieć, że byłem zbulwersowany, to nic nie powiedzieć.

— Spoko, Facet. — Machnął ręką Bubek. — Po godzinach jestem, prywatnie, a on się zaraz wyloguje. — Odkorkował, pociągnął, czknął i podał butelkę pierzastemu.

Anioł wyjął swoje urządzenie, przeciągnął. Upił łyk, zakrztusił się. Kasłał, rzęził, charczał, to się zginał to prostował. Śmiałem się? Skąd! Zanosiłem się! I waliłem go otwartą dłonią między skrzydłami.

— Młody jest. — Wzruszył ramionami Bubek. — Nauczy się albo zginie. — Grymas podstępu wylał się ze ślepiów na gębę. Potem spoważniał. — Och, sorry, zapomniałem się. Taką już mam osobowość. — Znów ramiona. — Co robić?… — Uśmieszek. Czknięcie.

— To ja też poproszę — powiedziałem i zawahałem się. Dałem się skusić?

— Spoks, Facet — Zauważył moje niezdecydowanie. — Nie rejestruje się.

Wziąłem flaszeczkę, powąchałem. Zakotłowało mi się w nosie. Kichnąłem. Anioł rozpogodził się i popatrywał na mnie kątem oka. Myśli, że nie widzę? Młody jest. Musi się jeszcze wiele nauczyć. Spojrzałem na płyn w ciemnym szkle. Trudna decyzja.

— Pij, Facet. Wody jest dużo. — Bubek wskazał na rzekę.

Teraz ja machnąłem ręką. Po co mi woda? Nie takie rzeczy piłem. Też mi coś! Łyk. I jeszcze jeden. Piekło? Jak diabli! Ale grałem twardziela. Nie popiję. Płuca stanęły. Nie popiję. Pole widzenia – ponad dwieście stopni. Nie popiję. Temperatura twarzy – topnienie żelaza. Nie popiję. Nie, bo nie! A co? Ja nie dam rady? Ja? Ja nie wytrzymam? Nie takie rzeczy ze szwagrem w garażu… Popiję.

Podbiegam do wody, ręką nagarniam, siorbię, chłepcę. Jak pies. Albo ten…, no…, jak mu tam… Wawelski.

Czy się śmieli? Rechotali! Pokładali się. Gdy już się wszyscy uspokoiliśmy, Diabeł usiadł obok Anioła i powiedział:

— No dobra, skrzydlaty. Żarty się skończyły. Teraz posłuchaj. Młody jesteś, niekumaty, to ci powiem prostym językiem. Nie możemy zmienić świata. Nie tego od nas ludziska oczekują. Jasne? Mówią, że chcą raju na ziemi, ale to tylko ludzkie gadanie. Tak naprawdę to chcą czego innego. Chcą i ciebie, i mnie. Chcą być święci i grzeszyć. Kumasz? Ta sprzeczność to ludzka natura. Dążą do doskonałości i zależy im, by mieć przestrzeń na mniejsze lub większe grzeszki, słabostki, ułomność, pokusę, lubieżność. Jedno i drugie ich pociąga, choć moja działka bardziej. Człowieczeństwo to prawo do słabości, do grzechu. Naszym zadaniem jest pobudzić ich do tęsknoty za ideałem dobra i pozwolić na fascynację występkiem. Jarzysz? Więc wyciągnij swój mieczyk i ganiaj mnie. Złość się na ludzi, upominaj, przestrzegaj, obiecuj, roztaczaj opieką i co tylko robić musisz, rób, by odczuwali WIELKIE szczęście. Ja zajmę się ich MAŁYM szczęściem. Tym za zamkniętymi drzwiami, za zaciągniętymi zasłonami, nie w świetle dnia czy reflektorów. Do ciebie mają się modlić na głos, mnie przyzywać w myślach. Tak ma być. Nic nie zmieniaj, nie kombinuj, bo zawalisz sprawę, zepsujesz układ, naruszysz równowagę. Inaczej ludziska żyć nie umieją. I nie chcą. Więc przestań się starać zanadto i nie zamartwiaj się, że nie wychodzi ci, że nieudolny jesteś. Jest okej. Kumasz? Tak ma być.

Anioł powoli wychodził z zamyślenia. Twarz mu się rozpogodziła. Skumał. Załapał ideę układu. GRY. Uniósł głowę. Uśmiechnął się.

— Kumam. — Błyszczał. — I mogę śpiewać?

— Kiedy i co chcesz. — Bubek kiwnął głową.

— To taka gra, tak?

— Właśnie.

— Ha! Wspaniale. To do dzieła!

— Do dzieła.

Stanęli plecami do siebie. Ruszyli jednocześnie, licząc kroki. Po piętnastu zatrzymali się, odwrócili. Wyjęli terminale i trzymali wysoko w jednej ręce, karty w drugiej. Patrzyli sobie zawzięcie w oczy.

— Nie masz szans, Bubkowaty — zacharczał Anioł. — Poddaj się. — Splunął.

— Sam się poddaj, ty… ty… Jak ci tam?

— Mów mi Coomaty.

— Coomaty — powiedział z pogardą. Plunął.

— Facet! Licz do trzech — rzucił przez zęby Coomaty.

Zacząłem. Na jeden obaj ścisnęli mocniej terminale. Na dwa zbliżyli karty do urządzeń. Na trzy przeciągnęli. Rozległ się podwójny huk. Gęsty dym spowił plażę. Gdy ustąpiła, nie było po nich śladu.

Chwilę trwało, nim się otrząsnąłem. Byłem pod wrażeniem i słów, i przemiany, i pojedynku. Cieszyłem się, że Bubkowi udało się zmotywować Coomatego, ale… zaraz, zaraz. Właśnie!

— A ja? — krzyknąłem w niebo. — Co ze mną?

Odpowiedzi nie było. Znów zostałem sam. Jak pies? Jak człowiek.

 

— Rety! — odezwał się Mójboże. — Ale ty namolny jesteś. Mówiłem, żebyś był cicho. Chodź do domu. Jeść mi się chce. Co masz w lodówce?

I bądź tu człowieku bogaty!