Analogowy staruch

Analogowy Staruch (1)

 

Powierzyłem siebie fotelowi z pełną ufnością. Pod zamkniętymi powiekami zgasiłem obrazy dnia. Włączyłem piątą symfonię Czajkowskiego i wsłuchiwałem się w zmagania kompozytora z jego zmorami. Dochodzący zza okna śpiew skrzydlatych łagodził udzielający mi się nastrój obłędu mistrza. Na wewnętrznej stronie powiek pojawiło się wspomnienie: małe mieszkanko na dziesiątym piętrze, rozedrgana igła przemierzająca czarne szlaki, lampa, fotel, śladowy smród płynu po bezskutecznej walce z prusakami, dygoczące metalowe żaluzje i ten sam Czajkowski.

Chłodny powiew i pomruk natury otworzył mi oczy. Zanosiło się na burzę. Zamknąłem okno i wróciłem w gąbczaste objęcia.

— Nie wiem, czy to dobry pomysł, wiesz?

Barba* ziewnęła i podrapała się po rudej głowie. Siadła na krawędzi półki, spuściła nogi i rozejrzała się po pokoju. Potem wstała, spojrzała w lusterko, westchnęła na widok sterczących włosów i zanurkowała w torebce.

— Może byś zapalił lampę, samolubie. Ciemno tu – powiedziała z czeluści damskiej torby.

Włączyłem lampę. Barba wyprostowała się nagle z włosami w jeszcze większym rozgardiaszu i spojrzała na mnie w osłupieniu.

— Chory jesteś? — wybąkała.

— Nie. Dlaczego? – zdziwiłem się.

— Bo tak.. po prostu… zapaliłeś… lampę.. i… nawet… nie jęknąłeś… — wydukała.

— To pewnie Czajkowski — wzruszyłem ramionami.

— Czajkowski chory czy ty chory jak Czajkowski? — spytała. Nigdy mi nie przyszło na myśl, że można tak szeroko otwierać oczy.

— Bez przesady — uśmiechnąłem się. — To tylko taki przelotny stan duszy.

— To ty masz duszę? — układ ust zdradził jej naciąganą złośliwość.

— Czasem wyłazi i gdera — odparowałem.

Chciała się oprzeć o „Piknik pod wiszącą skałą”, ale książka przesunęła się i spadła z drugiej strony regału.

— Mógłbyś wreszcie ustawić książki solidnie — bąknęła wystraszona. — I przywieźć resztę, bo się nudzę.

Zza książek wyszła nieforemna postać. Niby człowiek, niby nie. Lniana szata, przewiązana sznurkiem, spowijała powykrzywiane ciało z garbem. Długa biała broda wciąż nie pokazała swego końca, mimo że postać wyszła na środek półki.

— A ty kto? — zapytała Barba.

Postać rzuciła głową w moją stronę i powiedziała:

— Jegoboże.

Barba zamarła. Jak widz na meczu tenisowym kręciła głową, patrząc to na mnie, to na postać. W końcu zatrzymała wzrok na mnie i jęknęła:

— Że co?!

Mójboże usiadł po turecku, oparł się plecami o „Zew krwi”, wyjął długą fajkę i zapalił. Zaciągnął się mocno, zamknął oczy i zastygł.

— Zmień muzykę — powiedziała przerażona Barba. — Jeszcze i ja zwariuję!

— Zaraz się kończy —powiedział spokojnie Mójboże. — Finał jest boski.

Widać było, że Barba szybko przemyślała temat, bo nachyliła się do Mójboże i spytała:

— Często cię wzywa?

— Czasami. Czemu pytasz?

— Bo jesteś dziwny.

— A to już nie moja wina — powiedział i zaczął śledzić krążącą przy półce muchę. Nagle otworzył usta i długim lepkim językiem pochwycił owada. — W tym roku jakieś takie suche są — powiedział, gryząc.

Barba klapnęła na najcudowniejszą do klepania część ciała i wytrzeszczyła na mnie oczy. Wyraźnie wstrząśnięta, bardzo usilnie starała się nie okazać zmieszania. Ściągnęła usta, przymknęła powieki i, coś mamrocząc pod nosem, zakreślała rękami dziwne kształty w powietrzu. Po chwili zza książek wyszedł zaspany diabeł. Ziewnął, podrapał się po tyłku i spytał:

— Czego duszyczka potrzebuje?

— Zajmij się nim — powiedziała Barba i wskazała ruchem głowy na Mójboże.

Szurając bardziej niż stukając racicami, diabeł podszedł do Mójboże, szturchnął go trójzębem i rzekł:

— Najlepsze jabłka są górze Montmartre.

— Barba nie lubi ich nawet zimą — odparł bez namysłu Mójboże.

Diabeł odwrócił się i przechodząc koło Barby powiedział:

— Swój chłop. Nic tu po mnie.

W Barbę jakby piorun strzelił. Padła sztywna na plecy z rozłożonymi rękoma.

— Zamawiała placek? — spytał Mójboże, zerkając na Barbę.

— Nie słyszałem — powiedziałem.

— Łypie — zaśmiał się Mójboże, patrząc na Barbę.

— Czyli zdrowa — odparłem.

Barba wstała, zarzuciła grzywką i z godnością przegranej, lecz niepokonanej weszła za „Encyklopedię demonów”.

Czajkowski skończył swą smutną opowieść. Po chwili trzasków ramię gramofonu się uniosło i wróciło na podpórkę.

— Ty analogowy staruchu! — Usłyszałem stłumiony przez literaturę wybuch Barby.

Wzruszyliśmy z Mójboże ramionami i włączyliśmy sobie Dire Straits. Z kasety. Jak przystało na stetryciałych analogowców. A co!

 

===========================================

*Jeśli nie znasz postaci „Barby”, zajrzyj na Baba z półki i następne w kategorii Baba.